Cicha noc po polsku, czyli Koszmar świąt Bożego Narodzenia

Mała Czarna Polecamy
Fot. Nadesłane

Według ludowej mądrości diabeł zawsze najbardziej próbuje namieszać przed świętami i w same święta, bo ten czas upodobał sobie szczególnie. Kusi więc ludzi do picia i kłótni. 

Awantura o sól i gluten

REKLAMA

U Asi, graficzki po trzydziestce, tuż przed kolacją wigilijną zepsuła się kuchenka elektryczna, na której miały być smażone pstrągi. Asia mieszka sama. Matka od dawna żyje w Niemczech i jest fanatycznym wrogiem soli, glutenu i wieprzowiny. Przyjeżdża do Asi na święta razem ze swym partnerem. Najpierw obwąchuje kuchnię w poszukiwaniu soli, a potem przez trzy dni wygłasza antyglutenowe orędzia… Na szczęście w kuchni był jeszcze elektryczny piekarnik.

– W pokoju siedzieli głodni niemieccy goście. Zachowywali się elegancko i spokojnie sączyli wino, a ja byłam załamana. Matka chodziła po kuchni jak osa. Na szczęście do akcji wkroczył wujek, który spokojnym głosem powiedział: „Rozgrzej piekarnik i zostaw mnie z rybami”. Odetchnęłam z ulgą. Wówczas odezwała się matka: „Ale ja tam wlałam detergent”. Wujek znieruchomiał, spojrzał na nią i zapytał cicho: „Jaki ku… detergent i kiedy?!”. „No tak jakoś po południu” – odparła matka. Wujek grzecznie i zdecydowanie wyprosił ją z kuchni. Otworzył piekarnik, przemył środek, odpalił, rozłożył ryby na stole, zaczął je nacierać pieprzem i solą z tajnej solniczki. Z wyjątkiem jednej. „Asiu, zapamiętaj, na półmisku to będzie pierwsza ryba z lewej, masz sama ją nałożyć matce i powiedzieć: Proszę, mamusiu, to dla ciebie. Gdy się pomylisz, to grozi nam, że puści pawia, jak tylko poczuje sól”. Nie pomyliłam. Wujek uratował wigilię. Zapomniał tylko, żeby schować solniczkę. Awantura następnego dnia i tak była – opowiada Asia, dla której święta to nic innego jak kampania antyglutenowa.

Wigilia bez matki

– Latem przed moimi pięćdziesiątymi urodzinami zmarła moja mama – zwierza się Marek, barczysty mężczyzna z brodą wikinga. – Zawsze spędzałem u niej święta. Jestem geologiem, pracowałem w wielu miejscach w Polsce, zawsze w terenie. Na wigilię do niej często przyjeżdżałem w ostatniej chwili. Zdarzało się, że trochę pijany, bo my, ludzie terenu, świętować zaczynamy już w pociągach. W zeszłym roku pierwszy raz nie wiedziałem, co z sobą zrobić. Wkur..o mnie wszystko wokół i było mi smutno. Po cichu liczyłem na to, że zaprosi mnie starszy brat, z którym ostatnimi czasy kontakty były dość chłodne. Prawdę mówiąc, bardzo tego chciałem, ale nie potrafię się wpraszać w jego zawsze ustabilizowany świat. Między te serniki, bigosy, szynki, pierogi, karpie na ciepło z szarym sosem, na zimno, w galarecie, torty i cholera wie, co jeszcze. Czułem się tak źle, że byłem nawet skłonny przełknąć jego standardowe od lat życzenia: „Żebyś w końcu zmądrzał”. Telefon jednak milczał. Cóż, trzeba sobie samemu zrobić „Jingle bells”. Zacząłem się zastanawiać nad dwunastoma potrawami. Oczywiście pierwszą z nich na liście była wódka. Drugą było piwo na kaca, a trzecią, by tradycji stało się zadość, jakaś ryba. W supermarkecie zdecydowałem się na sushi, bo żal mi się zrobiło karpi w akwarium, a z zabitymi już nie chciało mi się bawić. Gdy zastanawiałem się nad piątą potrawą, przypomniała mi się była żona – bankówka, która zawsze powtarzała, że portfel musi być zdywersyfikowany dla bezpieczeństwa finansów. Postanowiłem tę zasadę użyć w stosunku do potrawy numer jeden. Zakupiłem więc jeszcze whisky i koniak. Uznałem, że mam siedem wigilijnych potraw. Nie chciałem się obżerać, więc na tym zakończyłem zakupy. Zapakowałem to wszystko do mojego plecaka, z którym jeżdżę w teren, i gdy tak zmierzałem do swojej kawalerki zwanej kabaretem, spotkałem przyjaciela – architekta. Widać było i czuć, że jego też toczy smutek i jak nieboskie stworzenie krzyknął: „Merry Christmas” i oświadczył, że w tym roku bajka o Jezusku cieszy go wyjątkowo, bo dziewczyna odeszła z dentystą. Po wymianie serdeczności wylądowaliśmy u niego. Natychmiast wlałem nam po kielichu, on włączył winyla, oryginalne kalifornijskie wydanie z 1980 roku The Eagles. Zabrzmiał „Hotel California”, po lufie i było ok.

Święta kojarzą mu się „chyba dobrze”.

Straszny stres

Na brak pieniędzy nigdy nie narzekaliśmy – opowiada Krystyna, brunetka w średnim wieku, kierująca działem dużej korporacji. – Zawsze na początku grudnia zaczynała się prezentowa paranoja. Czasami myślałam, że łatwiej jest tym, którzy w tym czasie muszą liczyć każdy grosz, bo ja dostawałam szału. No bo tak: trzeba kupić prezent, a raczej dwa prezenty dla dziecka, bo ode mnie i męża. To samo obowiązywało w stosunku do teściowej i teścia, po czym trzeba też było kupić prezenty od ich kochanej wnuczki i wczuć się w jej główkę, co by dziadziusiom kupiła. A moja córeczka odpowiadała szczerze: „Kocham dziadków nad życie, ale mam to gdzieś, wy coś wymyślcie w moim imieniu” i zasiadała do fejsa. Najpierw mąż i ja musieliśmy przeżyć wigilie w naszych pieprzonych korporacjach. I tu zaczynał się problem. Andrzej w ten sposób zaczynał swój przedświąteczny ciąg alkoholowy, choć zarzekał się, że picie ma pod kontrolą. Ale od połowy grudnia mój luby wracał napruty z krawatem w kieszeni po tych wszystkich wigiliach. Uprzedzałam rodziców, żeby nie witali nas więcej otwartym barkiem, gdy przyjedziemy. Chciałam świąt bez alkoholu, bo wiedziałam, że mój mąż ma z tym kłopot. Niestety, ten sam problem przez całe życie miał mój ojciec – emeryt, zawsze dyrektor, birbant i karciarz pełną gębą. Krótko przed wyjazdem do rodziców mąż wrócił znowu z krawatem w kieszeni i radośnie oznajmił: „Mam prezent dla taty”. Kupił mu w Empiku zestaw karcianych gier komputerowych. Choć byłam wściekła, że znów jest pijany, uznałam to za świetny pomysł. Tata godzinami grał w pasjanse spod windowsa, więc było to coś nowego. Mąż z kolei oświadczył: „Przepraszam cię bardzo, już nie piję i w święta też nie chcę pić”. I rzeczywiście… Trzy dni przed wigilią nie tknął alkoholu, pomagał mi, załatwiliśmy wszystko, co mieliśmy do załatwienia, prezenty zapakowane, jedziemy do Koszalina. Powitanie z rodzicami. Mój ojciec na widok Andrzeja cały się rozpromienił i oświadczył barokiem: „Co prawda twoja szanowna małżonka, a moja kochana córka, nakazała zamknięcie barku, to uznałem, że odrobina brandy kierowcy po podróży się należy”. Myślałam, że mnie szlag trafi, przecież prosiłam… Widziałam, jak Andrzej spięty siada w fotelu i beztrosko odpowiada: „Dobrej brandy nigdy nie odmówię”. W porządku. Na jednej się skończyło do wigilii. Po kolacji tradycyjne obdarowywanie się prezentami. Andrzej wręczył ojcu grę komputerową, a ten od razu postanowił ją wypróbować. Zostawiliśmy ojca przy zakładce „poker”… Siedzieliśmy i rozmawialiśmy do momentu, kiedy mama zaczęła okazywać niepokój: „To jest bardzo dziwne. Stefan zawsze bardzo głośno komentuje to, co się dzieje w trakcie gry, zupełnie jakby mówił do żywych graczy. Od dwudziestu minut nie odezwał się nawet słowem. Trzeba to sprawdzić, bo a nuż zawału dostał” – powiedziała moja mama. Poszliśmy więc do taty… Gdy spojrzałam na monitor, to przetarłam oczy, a tato z błyskiem w oku oświadczył: „Nie mogę rozebrać tej rudej małpy. Andrzejku, jestem ci strasznie wdzięczny za tego pokera”. Okazało się, że gwiazdkowy prezent to nic innego jak rozbierany poker kupiony przez mojego nawalonego męża, który nie doczytał ostrzeżenia, że to gra tylko dla dorosłych. A co było potem? Potem to już tylko pili.

Święta kojarzą jej się z alkoholem.

Czas koszmaru

– Od czasu, gdy przestałam być bezrobotna i dostałam pracę w galerii handlowej na kasie, Boże Narodzenie to dla mnie koszmar – opowiada Justyna, kobieta po czterdziestce. Zaczyna się wraz z pierwszą choinką wystawioną jeszcze bez ozdób przed galerią, dwa tygodnie po święcie zmarłych. Przez cały czas z głośników słyszymy o tych cholernych promocjach: Black Friday, Cyber Monday – Srajdej, a potem zaczynają torturować nas kolędami. Niech pani sobie wyobrazi, że przez cały dzień słucha „Silent night” na przemian z „Last Christmas”. Wychodzę z pracy skołowana, budzę się rano, a to wciąż brzęczy mi w głowie. Potem siedzę na kasie, uważam, żeby się nie pomylić, ludzie do mnie krzyczą, że źle nabiłam, bo to jest w promocji i wciąż te cholerne kolędy. Gdy przychodzi w końcu wigilia i siadam do stołu z rodziną, po karpiu, barszczu i pierogach, życzeniach i oczywiście prezentach, kochana córeczka odpala złośliwie youtube’a z… „Cichą nocą”. Rok temu, gdy to usłyszałam, po prostu rzuciłam sztućcami.

Święta kojarzą jej się ze zmęczeniem.

 

Komentarz 

Monika Bronisz, psycholog 

Ludzie przed świętami Bożego Narodzenia żyją pod ogromną presją. W święta ma być fajnie i nie liczy się reszta roku, bo w końcu to czas wybaczania. Nie ma u nas takiego przyzwolenia, by święta przeżyć bez rodziny. Boże Narodzenie związane jest z religią katolicką, jesteśmy bombardowani radością, jak również konsumpcjonizmem, bo z czego się cieszyć, jak nie ma prezentów? Wielu z nas daje się tej gonitwie porwać i nawet nie myśli o tym, by święta przeżyć po swojemu, znaleźć złoty środek dla siebie. Mam koleżankę, która, gdyby mogła, to najchętniej ubrałaby choinkę już w listopadzie, bo to uwielbia. I ja to rozumiem. Rozumiem też tych, którzy za świętami nie przepadają. W tym momencie warto sobie zadać pytanie: Dlaczego tak jest? i zacząć działać wcześniej – np. podjąć decyzję o spędzeniu świąt bez matki albo z nią, ale zanim przyjedzie, przeprowadzić z nią rozmowę, że barszczu nie będzie, bo nie chce mi się gotować. Nie stawajmy na baczność tylko dlatego, że są święta.  

Tagged
Wojciech Giedrys
Dziennikarz, redaktor wydań "Tylko Toruń" i działów on-line serwisów tylkotorun.pl i pozatorun.pl. Od 1999 r. w Toruniu.
http://fb.me/wojciech.giedrys