Energetyczna przyszłość Polski. Dokąd zmierzamy?

Box2 Wiadomości
fot. Łukasz Piecyk

Rząd deklaruje, że bezpieczeństwo energetyczne kraju zapewnia nam węgiel, którego ma na następne 200 lat. Unia Europejska naciska na Zielony Ład, a zwykli obywatele sami nie wiedzą, co mają myśleć. Czy jesteśmy bezpieczni?

System energetyczny Polski opiera się na węglu, spalanym głównie w bardzo dużych elektrowniach. O ile sam surowiec jest szeroko dyskutowany, bo nie wszyscy wierzą w globalne ocieplenie, o tyle struktura elektrowni zawodowych kontrowersji nie wzbudza. Tymczasem awaria zaledwie czterech bloków Bełchatowa, która nastąpiła 22 czerwca 2020 r., zmusiła Polskę do uruchomienia importu energii elektrycznej. Nawet odpalenie wszystkich „zimnych bloków” nie pomogło i cena prądu w tej kryzysowej dobie wzrosła z 200 zł za MWh do prawie 1300 zł za MWh, a Polsce groził blackout. Druga w kolejności największa elektrownia węglowa, produkująca około 13 proc. energii w Polsce, czyli Kozienice uzależniona jest całkowicie od… Wisły.

– Latem pada coraz mniej wody i mamy coraz niższy stan rzeki – mówił prof. Szymon Malinowski, bohater filmu „Można panikować”, stojąc na wiślanej łasze. – Problem polega na tym, że wyżej rzeki stoi wielka elektrownia (…) która tej wody używa do chłodzenia. W pewnym momencie może jej zabraknąć i to oznacza, że trzeba będzie wyłączyć turbiny. 

Stawianie na „dużych zawodników” ma swoje plusy w postaci niskich cen u odbiorców końcowych, ale awarie są niesamowicie ryzykowne. Wentylem bezpieczeństwa mogą być odnawialne źródła energii i rozproszenie produkcji. Przekonują się o tym np. Norwegowie, którzy w 98 proc. energię czerpią z małych elektrowni wodnych. W Polsce zaś nie kończy się dyskusja o drugiej tamie na Wiśle, która miała ocierać się granicami o gminę Czernikowo. Póki co, zaledwie kilkaset metrów od tamtejszego dworca PKP znajduje się jedna z dwóch farm fotowoltaicznych spółki Energa, zbudowana zresztą na terenie przygotowanym niegdyś pod… stację przeładunkową dla budowy gierkowskiego stopnia wodnego na Wiśle. 

– Roczna produkcja energii elektrycznej w Czernikowie jest szacowana na poziomie 3 500 MWh, co wystarczy na pokrycie zapotrzebowania ok. 1 600 gospodarstw domowych – informuje spółka. 


REKLAMA

Jednym z toruńskich pomysłów na energetykę odnawialną i równowagę budżetową była propozycja programowa Czasu Mieszkańców z 2014 r. Toruń, wykorzystując swoje korzystne położenie, miał stać się jednym z producentów energii elektrycznej. Korzystną ekspozycję mają zarówno zbocza Winnicy II, jak i okolice Polnej i Równinnej – największa toruńska wyspa ciepła. Program sprzed lat podkreślał wagę toruńskiej geotermii, która dziś utożsamiana jest z inwestycją w Porcie Drzewnym i ojcem Tadeuszem Rydzykiem. Dziś toruński samorząd konsekwentnie instaluje panele podczas termomodernizacji własnych obiektów. Na więcej nie pozwala prawo, które ingeruje również w energię wiatrową.

Od 2016 r. funkcjonuje tzw. ustawa wiatrakowa, która znacząco ogranicza możliwości budowania nowych farm wiatrowych. Zakłada, że strefa buforowa wolna od zabudowań musi być równa lub większa od dziesięciokrotności wysokości elektrowni wiatrowej liczonej. Efekt? Zaledwie 1 proc. powierzchni kraju nadaje się do realizacji nowych instalacji. Minister Jadwiga Emilewicz zapowiadała zmiany korzystne dla inwestorów, które miałyby wejść w życie z początkiem 2021 r. W optymistycznym wariancie nowe śmigła mogłyby się ruszyć za 3 do 5 lat.

Tagged

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *