Feminatywy, czyli „żeńskie końcówki”. Używać czy nie?

Box2 Mała Czarna Wiadomości
fot. Pixabay

Czym są te straszne feminatywy? Są to „żeńskie warianty nazw wykonawców czynności oraz osobowych nazw charakterystycznych”, o które rozgorzał spór polityczny. Język polski należy do najbardziej skomplikowanych w Europie i zapewne na świecie. Dziś sprawia trudność samym Polakom i Polkom, jakbyśmy żyli nadal w czasach sufrażystek, a nie smartfonów i grafenu. Na szczęście – toruńska tradycja korzystania z „żeńskich końcówek” ma mocne i długie korzenie.

Dentystka Clara

REKLAMA

Toruń może się pochwalić bodaj pierwszą na Pomorzu stomatolożką, wówczas znaną jako „amerykańska dentystka”. Doktor (czy doktorka?) Clara Kühnast z amerykańskim dyplomem w dłoni z niewiadomych przyczyn osiadła w prowincjonalnym, nadgranicznym Toruniu w latach 80. XIX w. Warto wspomnieć, że naukę ukończyła jako jedna z dwóch niemieckich studentek na Pennsylvania College of Dental Surgery w Filadelfii w 1880 r. Otrzymała wyróżnienie za pracę na temat paradontozy, złoty medal za egzamin z chemii i egzamin końcowy. Rektor uczelni rzekł dwóm przyszłym dentystkom: „God bless you, girls – go home and do all the good that you can”. I tak było – przynajmniej w przypadku Clary. Reklamowała się od początku lat 80. XIX w. w polsko- i niemieckojęzycznej prasie jako „dentystka z amerykańskim dyplomem”, a specjalizowała się w leczeniu zębów dzieci i dam. Być może była również jaroszką (Toruń był wtedy ważnym ośrodkiem propagowania „wegataryanizmu”), bo protokołowała pilnie toruńskiemu oddziałowi „Towarzystwa gospodarczego dla wykorzystywania warzyw i owoców w Niemczech”. Co ciekawe, miało ono po równo członkiń i członków.

W języku niemieckim żeńskie końcówki są proste – „Zahnaerztin” reklamowała się tuż nad kliniką dr. Leona Szumana, która poszukiwała pielęgniarki, która potrafi biegle mówić po polsku, jak i po niemiecku. „Die Presse” z 1880 r.

Najprawdopodobniej Clara była również zagorzałą czytelniczką. Ośmieliła się po przeczytaniu powieści „Effi Briest” Heinricha Teodora Fontany (uderzającej, zresztą, w podwaliny pruskiej moralności), napisać do autora list, dziś przytaczany przez licznych językoznawców. Odważnie zwróciła uwagę, że w nieszczęśliwych małżeństwach, zawieranych powszechnie wśród mieszczan bez miłości, to kobiety cierpią najbardziej, tymczasem podczas lektury „Effi Briest” czytelnik mimowolnie staje po stronie mężczyzn, portretowanych z większym współczuciem. Autor przyznał jej rację! 

„Gazeta Toruńska” z 1880 roku – reklama „amerykańskiej dentystki” wśród „eleganckiej garderoby męzkiej” i „obuwia filcowego po każdej cenie.

Nie da się ukryć, że niemieckojęzyczna część dawnego Torunia miała z kobietami takimi jak Clara mniejszy zgryz. Dentysta stawał się dentystką zaledwie przez dodanie końcówki -in. I tak mieliśmy nauczycielki, urzędniczki, buchalterki, dziś nazwane księgowymi, które jednak po ślubie ze względów prawnych i obyczajowych musiały rezygnować z pracy. Nic dziwnego, że w dwujęzycznym mieście polskie feminatywy pojawiały się z żelazną konsekwencją. Najwięcej w języku i rzeczywistości miasta było robotnic, krawcowych, praczek – i to w polskojęzycznej części miasta: na Chełmińskim i Mokrem Przedmieściu. One po ślubie coraz częściej nie porzucały pracy – coraz częściej mężczyzna nie był w stanie wykarmić rodziny z jednej pensji. Polki i uboższe Niemki pracowały, gdzie się da i ile się da, najczęściej zarabiając o połowę mniej na tych samych stanowiskach co mężczyźni. Szokowały wówczas nie tyle formy językowe, co sam fakt, że kobieta mogła ukończyć lekarskie studia. 

Protestujemy uroczyście przeciwko gwałceniu języka polskiego i łączeniu z nazwiskami żeńskimi tytułu Dr. (Doktor) zamiast Drka (Doktorka) – czytamy w apelu opublikowanym w 1 numerze „Poradnika językowego” z 1904 r. – Jak autor-autorka, lektor-lektorka, profesor-profesorka, lekarz-lekarka, nauczyciel-nauczycielka itp. tak samo nie wolno nazywać kobiety doktorem, lecz tylko doktorką. 

Niepodległy język i niepodległe Polki

I wojna światowa wygnała synów w kwiecie wieku na front, a w miarę trwania powoływała do wojska również ich ojców i młodszych braci. Kobiety znalazły sobie zajęcie w męskich zawodach z podwójnej konieczności. I tak, około 1916 r., pojawiły się w mieście pierwsze konduktorki, listonoszki, jak również zwiększyła się liczba urzędniczek. Dwudziestolecie międzywojenne w języku polskim oznaczało również radzenie sobie z lekarkami, redaktorkami, pilotkami, lotniczkami, automobilistkami, cyklistkami (kołowniczkami), urzędniczkami i posłankami. Józef Piłsudski zadbał o to, by jednym z pierwszych praw dla nowej Rzeczpospolitej było czynne i bierne prawo wyborcze. Można to uznać za gest tyleż szlachetny, co pragmatyczny. Kobiety były już u władzy. Toruń bez Heleny Steinborn, która znalazła się w 1918 r. w składzie Polskiej Rady Ludowej, zamarłby zapewne w bezruchu. Pierwsze wybory do polskiego sejmu urozmaiciła zatem dyskusja o posełkach, poślinach i posełkiniach.

Ze zbiorów Szymona Spandowskiego – wielka tragiczka Katarzyna Hepburn na ulotce kinowej.

Jak dziwnie wygląda dziś nagłówek prasowy z 1932 r. w endeckim „Słowie Pomorskim”, donoszący o samobójstwie Leny Bernstein, słynnej „lotniczki” i „pilotki”. W 2020 r. w liberalnej „Gazecie Wyborczej” możemy przeczytać o żonie Szymona Hołowni, a być może przyszłej pierwszej damie – „pilocie myśliwca MiG-29 i zawodowym oficerze”. Dlaczego? 

„Słowo Pomorskie” z 1932 roku.

Ogromna większość zawodów była męska – tłumaczy Roman Spandowski, filolog związany z Pracownią Słownika Polszczyzny XVI w. Instytutu Badań Literackich PAN. – Zawody kończące się na -arz, -a, typu „młynarz”, „dentysta”, tworzyły dość łatwo formy feminatywne za pomocą przyrostka -ka, ale czy ktoś wyobrażał sobie w dwudziestoleciu międzywojennym panią premier? Nawet jeżeli formalnie mogło istnieć słowo „premierka”, to realnie pozostawało poza zasięgiem. Oczywiście, gdy otwarto uniwersytety dla kobiet, coraz więcej wśród lekarzy było kobiet i tu dość prosto było używać słowa „lekarka”. Formy, które dziś znajduje się w przedwojennej prasie czy prozie, moim zdaniem raczej niewiele miały wspólnego z językiem codziennym. Być może był to wynik patriotycznego uniesienia – radości z możliwości posługiwania się i rozwijania własnego języka. Po I wojnie światowej szliśmy przecież ławą ku nowoczesności, a Polska przyznała prawa wyborcze kobietom, jako jeden z pierwszych krajów w Europie. Zupełnie inaczej wyglądało to w praktyce. Tradycje patriarchatu były tak ogromne, że i kobiety, zdaje się, to zaaprobowały. Wśród grona pedagogicznego to były nauczycielki, zawód się sfeminizował już w dwudziestoleciu międzywojennym i nikogo forma nie raziła. Jednak zgodzę się, że jest to symboliczne zwycięstwo patriarchatu, gdy czytamy „Anna Kowalska, nauczyciel wychowania przedszkolnego”. W zawodach, które dopiero startowały – zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn, było dużo łatwiej. Stąd w dwudziestoleciu w prasie „piloci” i „pilotki”. Dziś nadal większość kobiet wybiera formy niekojarzone pejoratywnie, według nich nobilitujące: „pani doktor”, „pani pedagog”. 

Kiedy „pilotki” zniknęły na dobre? Językoznawcy i językoznawczynie próbują lokować źródło tajemniczego zaginięcia feminatywów w okresie Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, która nie dzieliła w rozbudowanej biurokracji i upaństwowionej gospodarce pracowników na tokarzy i tokarki czy inspektorów i inspektorki, choć z upodobaniem podkreślała „towarzyszy” i „towarzyszki”. Jednocześnie funkcjonowały żeńskie formy zarezerwowane dla zawodów kojarzonych jako „gorsze” – kucharek, sprzątaczek i intendentek. Kobiety by podnieść prestiż uprawianego zawodu, wybierały świadomie lub były bierne wobec formy: „pani profesor” lub „pani kierownik”. Trudno było wówczas o warunki do dyskusji, nie mówiąc o krytyce ustroju, choćby w sferze językowej. Stefania Grodzieńska pozwoliła sobie jednak na małą uszczypliwość w tekście satyrycznym. 

Podejrzewała, że mąż zdradza ją z introligator. Nie mogła przestać o tym myśleć od czasu, kiedy niechcący podsłuchała rozmowę inżynier z mechanik. Miała dosyć powodów, żeby wierzyć w te plotki, gdyż nie byłby to pierwszy przypadek zdrady z jego strony. Kiedy rok temu przyłapała go z kierownik, po prostu oszalała. W porywie rozpaczy uderzyła kierownik, ale potem okazało się, że niesłusznie. Przygoda męża z kierownik była zupełnie bez znaczenia, gdyż poważnie romansował on wówczas z redaktor – pisała Grodzieńska, zirytowana tą PRL-owską manią męskości na polu zawodowym.

Patrycja Krysiak z Uniwersytetu Wrocławskiego, polonistka i romanistka, zwraca uwagę, że ostatecznie formy feminatywne zniknęły jako osobne hasła słownikowe dopiero w słownikach okresu późnego Balcerowicza i wczesnego Tuska, a nie Gomułki i Gierka. To przełom wieków XX i XXI wymazał je wielką gumką ze słowników. 

Językoznawcy a prawo do samookreślenia 

Jestem nauczycielką i mediatorką – mówi Danuta Sadowska, torunianka. – Dla mnie feminatywy są ściśle związane z naszą tradycją językową. Ja nazywam się Sadowska, nie Sadowski. Skoro w moim nazwisku jest komunikat, że jestem kobietą, to konsekwentnie zawód, który wykonuję, powinien tę informację zawierać. Wówczas jest to spójne. Gdybym mieszkała np. w Wielkiej Brytanii, to nikt po nazwisku nie zorientowałby się, czy jestem kobietą, czy mężczyzną. Wiem, że nie wszystkie nazwiska w pierwszym przypadku od razu określają płeć. Ale idziemy przecież do pani Jaroszowej, a nie do pani Jarosza. W związku z tym wykonywane zawody powinny być nazywane konsekwentnie i zgodnie z zasadami językowymi. Argument, że kobieta kierująca samolotem to pilotka, czyli czapka, wcale mnie nie przekonuje. Po przecież mężczyzna sterujący samolotem nie jest pilotem do telewizora.

W służbowych mailach zawsze podpisuję się jako archiwistka – mówi mi Michalina, absolwentka historii i archiwistyki na UMK. – Ale już nie używam słowa inspektorka. Raczej wybieram określenie „archiwistka”, a unikam „inspektora”.

Na ten dualizm zwraca mi uwagę również znana czytelnikom „Małej Czarnej” Małgorzata Janas. 

Małgorzata Janas z z mamą, Katarzyną, również zarządzającą nieruchmościami. Fot. Łukasz Piecyk

Nie zastanawiam się nad tym, ale raczej staram się ich używać – mówi o feminatywach specjalistka od nieruchomości i spiritus movens PERSa przy Mostowej 6. – Zawodowo jednak jestem zarządcą, nie używam formy „zarządczyni” nieruchomości. W fundacji Studio M6 jestem już prezeską. Być może trochę tym manipuluję, gdy chcę coś podkreślić? 

Zależy od nastroju, kierunku wiatru i układu gwiazd – śmieje się Marta Kaźmierczak-Gieda, absolwentka konserwacji na UMK i „dziewczyna z kamienia”, obecnie związana zawodowo ze Szczecinem. – Chyba częściej mówię „jestem konserwatorem zabytków” niż „konserwatorką”, chociaż to sfeminizowany zawód. Stosuję omówienia: „kieruję pracami”, „pracuję na budowie”, „zajmuję się remontami zabytkowych budynków” itp., bo konserwator silnie kojarzy się z urzędem, np. Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków.

Czy męska forma nobilituje, a żeńska poniża? Dla wielu kobiet z pewnością tak jest. W jednym z toruńskich zakładów pracy grupa sprzątających pań – nowoczesnych, uśmiechniętych i przebojowych – poprosiła, aby nie wydawano im już identyfikatorów z podpisem „sprzątaczka”. Od kilku lat są „pracownikami obsługi”. 

Rozmawiam z wieloma osobami – z architektką krajobrazu, która absolutnie odmawia, by tak ją określać. Jest „panią architekt” i nie zna żadnej kobiety, która wybrałaby formę „architektka”. Dziwne? Na facebookowej grupie „Dziewuchy Dziewuchom” znanej z udziału w „czarnych piątkach” roi się od podobnych głosów. Niektóre „dziewuchy” interpretują ten spór jako zaprzeczenie wolności wyboru prawa do samookreślenia. 

Ideologiczny i medialny spór rozgorzał na tyle, że stanowisko w sprawie zajęła Rada Języka Polskiego. Oczywiście – dolewając nieco oliwy do ognia.

Formy żeńskie nazw zawodów i tytułów są systemowo dopuszczalne – stwierdza ostrożnie Rada Języka Polskiego. – Jeżeli przy większości nazw zawodów i tytułów nie są one dotąd powszechnie używane, to dlatego, że budzą negatywne reakcje większości osób mówiących po polsku. To, oczywiście, można zmienić, jeśli przekona się społeczeństwo, że formy żeńskie wspomnianych nazw są potrzebne, a ich używanie będzie świadczyć o równouprawnieniu kobiet w zakresie wykonywania zawodów i piastowania funkcji. Językowi nie da się jednak niczego narzucić, przyjęcie żadnej regulacji prawnej w tym zakresie nie spowoduje, że Polki i Polacy zaczną masowo używać form inżyniera bądź inżynierka, docentka bądź docenta, ministra bądź ministerka, maszynistka pociągu, sekretarza stanu czy jakichkolwiek innych tego rodzaju.

Na koniec Rada Języka Polskiego w swoim oświadczeniu wytyka kobietom niekonsekwencję i grozi palcem:

Jednocześnie pragniemy przypomnieć, że od kilkudziesięciu lat nie używa się w oficjalnej polszczyźnie żeńskich form nazwisk innych niż przymiotnikowe – czytamy w oświadczeniu. – Nazwisko Nowak czy Rodziewicz odnosi się zarówno do mężczyzny, jak i do kobiety i nie słychać wobec tego sprzeciwów kobiet.

Rada przyjęła stanowisko jednogłośnie, poza jednym głosem wstrzymującym się.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *