Jej dom na środku świata

Box1 Mała Czarna Wiadomości
fot. Łukasz Piecyk

Jest w niej nieskończenie wiele światów. Jeszcze więcej obra­zów. A najwięcej – wierszy. Mieszka wśród ptaków odgro­dzona od lasu wokół ścianami domu. Słychać jednak przez nie nawet najcichszy ćwir, czasem nawet prężenie się rosnących drzewek wiśni i jabłoni. Zagłuszyć je może najwyżej koncert na dwa wiatry w kominie i świerszcza, gdy wreszcie zbudzi go wiosenne słońce. Joanna wychodzi wtedy na próg domu, zamy­ka w słońcu oczy, nabiera w płuca powietrza tak wiele, jak tylko zdoła i… czeka. Na to, co samo przyjść musi. I przychodzi.

Osiadła za siódmą rzeką, niedaleko brzegów Drwęcy. Za siódmą górą, na którą nie wedrze się choćby największa wiśla­na powódź – czy ta świętojańska, czy lodowa, zatorowa, która pół tysiąca lat temu zdołała zatopić najstarsze w Toruniu domy. Wielka woda to jeden z tych lęków, które wyniosła z czasów, gdy była dzieckiem. Wtedy największą powodzią była ta, która zamieniła całą dolinę pól i łąk nadwiślańskich w rozpostarte bez litości olbrzymie morze. Jej matka z innymi stała na brzegu i pa­trzyła w milczeniu: wypielone dokładnie, aż plecy sztywniały, dusiły się pod wodą jej kartofle, warzywa i buraki. Obejmowała wzrokiem Morze Wiślane i ciche łzy płynęły po twarzy matki Joanny. Milczeli wszyscy. Jak bardzo Joanna niena­widziła wtedy Wisły! Ktoś powiedział, że jeśli woda szybko spłynie, niektó­re uprawy mogą ocaleć. Cudu nie było, woda stała trzy dni. Potem spłynę­ła, pozostał krajobraz jak z czeluści piekieł: brązo­wy lepki szlam skutecznie podusił wszystko.

REKLAMA

Joanna z braćmi wy­ciągnęli koryto i pływali po zalewie. Ojciec ścią­gnął koryto z dziećmi, brodząc w rozlewisku.

Sąsiad powiedział, że nie podarowałby im tego. Po wojnie wszyscy tak dzieci wychowywali. Ale na Balewskiego, najlep­szego w okolicy dekarza, we wsi wszyscy mówili „święty”. Bo człowiek był to cierpliwy, anielski prawie, który zamiast dzieci pasem wychowywać, strugał im scyzorykiem figurki. Zły był tylko raz – gdy przyniosła do domu ptasią rodzinę małych szpaków, które wybrała z gniazdka, bo według niej było im tam za ciasno. Ułożyła je równiutko na poduszce i przykryła pierzyną. Na widok ptasich główek wystających spod pościeli, ojciec wykrzyczał, że szpaki odtrącą swoje dzieci wyczuwając na nich ludzki zapach.

Od tamtego czasu Joanna ratuje nadal ptaki – ale ojcowska lekcja przyrody nie poszła na marne. On też nauczył ją nie bać się lasu, ba, kochać go nawet. Bo w lesie człowiekowi nic złego stać się przecież nie może. W mieście – wśród ludzi – musi.

Pójść w dorosłość i do ludzi jednak trzeba było. Została na­uczycielką. Nielubianą przez niektórych swoich dyrektorów, bo zamiast skrupulatnie realizować nudny program szkolny, wolała wydobywać z uczniów to, co w nich najlepsze. Zwłasz­cza z tych najgorszych, najtrudniejszych, psotników, pyska­tych łobuzów i wagarowiczów. Wyprowadzała ich na ludzi. Lecz to nie tylko ich głosami została dwukrotnie wybrana Belfrem Torunia, najważniejszym wyróżnieniem wśród to­ruńskich nauczycieli… Dziś spotyka swoich uczniów ubra­nych w lekarskie kitle, słucha ich śpiewu podczas transmisji z Metropolitan Opera albo podziwia kolekcje starych żużlo­wych motocykli.

– Była dla mnie drugą mamą, dała mi serce, kiedy jako nastolatka zostałam praktycznie sama – mówi Agnieszka Chomiuk rodem z podtoruńskiego Grębocina, obecnie zna­na brukselska antykwariuszka. – Nie była naszym nauczy­cielem, była kimś o wiele ważniejszym. Nie potrafię nazwać kim. Aniołem? Choć od tamtych czasów minęło już ćwierć wieku, ona nadal trak­tuje mnie jak przybraną córkę. To niezwy­kłe, bo nie znam, ani nawet nie słyszałam o podobnym nauczycielu, który widząc ucznia z tak dużymi problemami osobisty­mi, potrafi poświęcić swój prywatny czas, a przede wszystkim stać go na prawdziwe emocjonalne zaangażowanie, żeby ratować cudze dziecko, przed nieuchronnym nie­szczęściem…

Jej uczniowie za siódmą górę i siód­mą rzekę docierają bardzo rzadko. Za­miast dzwonków na przerwę słychać za to w domu Joanny brzęk przedwojennego dzwonka sklepowego, który obwieszczał wejście klienta. Tu jednak dzwonek pełni inną rolę. Tak jak stary tasak rzeźnicki, któ­ry wcielił się w rolę rogatego byka. I napę­dzana siłą nóg maszyna do szycia przemie­niona w żywe kwiatowe biurko. Jak jodłowy korzeń, obdarty ze skorupy, z domalowany­mi oczami stał się rzeźbą-ślimakiem.

Jej dom stoi na środku świata. Z nie­zbędnymi do życia stołem, krzesłem, łóż­kiem i plejadą piór, pędzli, rysików, dłut i laptopem w kuchni, który służy za radio z ruchomymi obrazami. Nic tu nie jest takie jak gdzie indziej. Na ścianach obrazy stra­szą wielkimi ślepiami, jaskrawymi kolorami albo czarnymi krechami, których starczy sześć, by pokazać ludzką twarz.

Osobliwy dom odwiedzają czasem ar­tyści z warkoczami. Przyjeżdżają z różnych stron, by poznać autorkę poetyckich listów publikowanych w literackich pismach od Krakowa po Słupsk. Bo mało kto dziś umie pisać prozę poezją, a poezję prozą.

Sąsiedzi prozy raczej nie śledzą, poezji nie czytają. Przyglądają się więc tylko dziw­nym gościom. Przywykła do tych spojrzeń. Poetów rozumieją tylko inni poeci. Wiersze Joanny nagradzane były w kilkudziesięciu, jeśli nie setce konkursów. Większość na­gród otrzymała, zanim światem zawładnął Internet, a pensja nauczyciela była na tyle niska, że pieniądze z nagród za poezję mia­ły znaczenie egzystencjalne.

Joanna wstaje bladym świtem. Za­nim jeszcze przedwiosenne słońce zbu­dzi wszystkie ptaki z jej lasu. Wchodzi po schodach, gdzie w pracowni czekają rzeźby z nadanymi im imionami i nazwami. W te­kach opartych o ścianę czekają na wystawy obrazy. To stojąc, to siedząc, maluje, pisze i rzeźbi – w zależności od stanu umysłu, w którym właśnie się znalazła.

Joanna ściga się z czasem. Choroba Par­kinsona, którą nazwała anakondą, liczy jej czas. Odmierza je okresami działania le­karstw powstrzymujących drżenie najpierw rąk, potem ciała. To jej armia i oręż w walce z anakondą. Już na śmierć i życie. Tworzy więc na potęgę, wykorzystuje każdą chwi­lę między bezczynnością a wizytą męża od prawie pół wieku pełniącego rolę bufora między każdym z jej światów a tym jedy­nym, w którym porusza się twardo stąpają­cy po ziemi ojciec jej jedynego syna.

I choć wciąż Joanna powtarza, że musi się spieszyć, to już dawno zdążyła. Dziesiąt­ki obrazów, setki rysunków i jeszcze więcej wierszy już dawno wpisały ją do grona Nie­zapomnianych.

Siedem dni temu Joanna nie obchodziła urodzin. Żal jej ściętych w imię pamięci jej narodzin róż. Piękniejsze są przecież, gdy rosną, bo tam żadna anakonda ich nie za­dusi.

* * *

Dobrze jest wiedzieć, że jest się najwięk­szą radością w życiu Joanny. Że nosi się imię od radości samego przyjścia na świat. Radek. To ja, Twój syn, Joanno, który zamiast przynosić Ci róże, woli pożyczać różowe okulary. Kocham Cię. Wszystkiego najlepszego.

1 thought on “Jej dom na środku świata

Pozostaw odpowiedź Julita Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *