Konserwatysta i lewak w jednej wsi… na ekranie. Rozmawiamy z reżyser Katarzyną Trzaską

Kultura Wywiady
Fot. materiały prasowe

Z Katarzyną Trzaską, reżyserką filmu „Wieś pływających krów”, torunianką, rozmawia Aleksandra Malinowska

W swoim ostatnim filmie „Wieś pływających krów” pokazujesz kilkoro młodych berlińczyków, którzy przyjeżdżają na polską wieś, bo chcą być blisko natury, która według nich nie jest jeszcze skażona cywilizacją. Z kolei mieszkańcy wsi nie rozumieją, jak można nie jeść mięsa i kąpać się nago przy wszystkich. Niezłe połączenie…
Mieszkańcy wsi traktowali berlińczyków z dużą otwartością. Ten pobyt Niemców na wsi na pewno był jakimś wydarzeniem. Dyskutowano na temat ich strojów, których mieszkańcy wsi nie widzieli nawet w telewizji. Dla mnie najważniejsze było to, by bohaterowie się od siebie różnili, a jednocześnie aby obie strony wierzyły głęboko w swoje poglądy, w swoje filozofie. Dzięki temu byli autentyczni. Mario, na przykład, był zdecydowanym wrogiem katolicyzmu. Ellen z kolei była przeciwna hodowli zwierząt. To były potencjalne punkty zapalne.

Czy zanim zaczęłaś pracę nad filmem, myślałaś, że takie spotkanie ludzi z różnych światów może się okazać lekcją tolerancji dla jednych i drugich?
Początkowo chciałam złapać pewien paradoks, który polega na tym, że ludzie z dużych miast chcą być bliżej natury i wiedzą więcej o archaicznych tradycjach wiejskich niż rolnicy, którzy żyją kulturą telewizyjną i wyzbywają się tradycji swoich przodków. Znalazłam jednak Stanisława, który nie jest typowym polskim rolnikiem. On zna te tradycje i je pielęgnuje, co jest bardzo rzadkie dzisiaj na wsi.

Polska wieś jest bardzo nowoczesna. Nie masz wrażenia, że ma niewiele wspólnego z wyobrażeniem ludzi z dużych miast?
Ludzie z miasta przyjeżdżają na wieś, osiedlają się, odkopują i kultywują tradycje wyplatania koszyków z wikliny, pieczenia chleba czy robienia masła w maselnicy. To jest ta żyjąca tradycja, którą Stanisław pamięta i ją praktykuje. Nie spotkałam drugiej takiej rodziny, która mimo ciężkiej pracy na gospodarstwie znajduje czas na kultywowanie tradycji. To zbudowało ten film, a jednocześnie było też bardzo pozytywnym doświadczeniem dla Niemców. To było dla nich odkrywcze, bo u nich za takie atrakcje po prostu się płaci. Z kolei dla mieszkańców wsi ci Niemcy byli bardzo egzotyczni, bo dla nich typowy Niemiec jest kimś zamożnym, w dobrym aucie; do Niemiec jeździ się do pracy, żeby zarabiać, a nie odwrotnie. Niemcy nie przyjeżdżają do Polski, żeby uczyć się wyplatać koszyki.

To forma nowej mody?
Trochę tak. Ja wyszłam od trendów związanych z żywieniem. Obserwowałam to zwrócenie się ludzi z dużych miast w stronę bardzo zdrowego jedzenia i w tym jest snobizm. Nie da się tego ukryć. To bardzo dobry trend, tak samo jak świadomość tego, skąd pochodzi jedzenie, które jemy; czym jest uprzemysłowione rolnictwo. Myślę, że takie pytania warto sobie zadawać, ale też dążenie do osiągnięcia pełnej czystości fizycznej i duchowej jest snobizmem, wyrazem pewnego dobrobytu. Ekorynki czy markety są przecież bardzo drogie. Są organizowane wydarzenia kulinarne, których celem jest dyskusja o zdrowym jedzeniu. Ten styl życia stał się w jakimś sensie nową religią.

Jak ty do tego podchodzisz?
Ten film powstawał długo. Na pierwszej dokumentacji byłam w sierpniu 2013 roku, a ostatnie zdjęcia odbyły się w grudniu 2016 roku. Moje podejście w tym czasie mocno się zmieniło. Na początku byłam bardzo sceptyczna w stosunku do trendu eko, ale kiedy zaczęłam więcej czytać o rolnictwie, ziołach, suplementach, to skręciłam bardzo mocno stronę moich berlińskich bohaterów. Miałam okresy w swoim życiu, kiedy byłam wegetarianką, ale nie potrafiłabym zrezygnować z jedzenia ryb. Mięso nie jest mi do szczęścia potrzebne, ale ze względu na syna, który jest mięsożerny, ciężko mi wyrzucić je z menu. Jestem mało ortodoksyjną wegetarianką. Wdrożyłam w swoje życie to, czego się nauczyłam przy tym filmie.

Czego się dowiedziałaś?
Na przykład tego, że wartości odżywcze mają rzeczy świeże, których praktycznie w naszym zagonionym świecie prawie w ogóle nie jemy. Jemy rzeczy z lodówek, mrożone, półprodukty. Ciężko nam zjeść coś, co jest bardzo świeże, nawet latem. Skończyły się czasy, kiedy obrywano owoce z krzaczka. To samo dotyczy takich produktów jak nabiał. Powstają one sztucznie. Krowy, które dają mleko, są cały czas zapładniane i cały czas są cielne, bo inaczej nie dawałyby mleka. Krowa jest maszynką do wydawania cielaków i robienia mleka bez przerwy.

Czym był dla ciebie ten film?
Ten film zgrał się z bardzo ważnymi momentami w moim życiu, poszukiwaniami filozoficznymi, których wciąż jeszcze nie zakończyłam. Nie mogę powiedzieć, że jestem czegoś pewna, ale przenikanie się różnych kultur jest mi teraz szczególnie bliskie.
Ten film pomógł mi też zgłębić istotę filmu dokumentalnego. Dokument jest przepiękną formą, ale wymaga pracy i wnikliwości przy wyborze bohaterów. Trzeba manewrować pomiędzy tym, co chce się powiedzieć widzowi, a bardzo ostrożnym traktowaniem bohatera, żeby go nie skrzywdzić, nadmiernie go odsłaniając. Nie traktuję bohaterów jak aktorów i nigdy nie narzucam im gotowych pomysłów czy scen. Moja praca z nimi polega na tym, że obserwuję ich życie, przyglądam się temu życiu i wydobywam elementy, które w nim są i które nadają się do pokazania w filmie. Kamera wyczuwa każdy fałsz. Kocham humor i formy komediowe i w niedalekiej przyszłości bardzo chciałabym zrealizować komedię, tym razem fabularną.

A jak się zdobywa zaufanie bohaterów?
Przy „Wsi pływających krów” chodziłam od domu do domu, aż trafiłam na Stanisława, który miał ochotę wziąć w tym udział. Nie musiałam go do tego projektu przekonywać, ale on i jego rodzina bardzo mocno przeżywali czas oczekiwania na film i samą premierę. Na pokaz zjechały się wszystkie okoliczne wsie, wszyscy jego sąsiedzi. Uważam, że ten film pokazuje bohaterów w dobrym świetle. Ale z widowni padają też takie pytania: jak się pan czuje, kiedy widownia śmieje się z pana?

Co wtedy mówisz?
Że humor służy przenoszeniu głębszych treści. Zresztą z humorem w filmie czy w innych rodzajach sztuki często jest tak, że trzeba go usprawiedliwiać, tak jakby był czymś niewłaściwym. Jeśli chcemy zrobić film zabawny, to musimy pokazać sytuacje zabawne. Nie można robić samych poważnych laurek o ludziach wielkich i oryginalnych. W tym filmie w humorystyczny sposób chciałam spojrzeć na grupy ludzi, którzy geograficznie są blisko, a mentalnie bardzo daleko i czy uda się ich w jakikolwiek sposób do siebie zbliżyć.

I to ci się udało, zwłaszcza w czasach, kiedy z tolerancją dla jakiejkolwiek inności jest u nas na bakier.
Otwartość mieszkańców wsi była zaskakująca, ponieważ, tak jak powiedziałaś, mamy teraz czas wyraźnych podziałów. A ten film łączy. Moi znajomi z lewej i prawej strony go lubią. Tak samo jak bohaterowie z prowincji, którzy polubili tych alternatywnie żyjących berlińczyków. Chciałam pokazać coś pozytywnego, a nie konflikty, kłótnie i spory.

„Wieś pływających krów” to już zamknięty rozdział, a nad czym pracujesz teraz?
Pracuję nad dokumentem „Nauka latania” opowiadającym o wchodzeniu w życie nastolatków opuszczających domy dziecka. Chciałabym stworzyć film pełen radości, optymizmu, odejść od stereotypowego myślenia o takiej młodzieży.

Ty jesteś optymistką?
W pewnych dziedzinach życia tak, ale w innych jestem skrajną pesymistką. Ostatnio zadałam sobie pytanie, czy to, że robię takie a nie inne filmy, nie jest czasem antidotum na moje własne problemy. (śmiech) Jest taka teoria, która mówi o tym, że mamy wystarczająco dużo szarości i zmartwień w realnym życiu, żeby jeszcze oglądać to na ekranie. Im jestem starsza, tym częściej się podpisuję pod wizją kina, która pokazuje wyśnione bajkowe życie.

Co cię denerwuje w życiu?
Mocny wpływ na moje życie ma mój zawód, któremu wiele poświęcam, a w którym jest mnóstwo nieprzewidywalnych zdarzeń. Życzyłabym sobie, żeby moje życie było chociaż w małym stopniu trochę bardziej ustabilizowane i przewidywalne, z drugiej zaś strony nigdy takiego życia nie prowadziłam, być może wcale bym się w nim nie odnalazła. A odpowiadając na pytanie, w tej chwili najbardziej denerwują mnie ludzie, którzy niepoważnie traktują swoją pracę i swoje obowiązki. Inaczej zostałam wychowana. Inna była moja droga życiowa.

Zamiast być filolożką, zostałaś reżyserką. No właśnie. Filolożką czy filologiem? Reżyserką czy panią reżyser?
Jak uważasz. Lubię te damskie formy, ale ostatnio kręciłam film dokumentalny na terenie Telewizji Polskiej i zdjęcia odbywały się w reżyserkach – pokojach, gdzie są konsolety. Od tamtej pory mówię o sobie: pani reżyser.

Tagged

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *