Miasta wykarmią pszczoły. Właściciele Pasieki Nad Strugą opowiadają o swojej pracy

Box2 Wiadomości
Joanna i Maciej Żuchowscy, właściciele Pasieki Nad Strugą/Fot. Łukasz Piecyk

W cieniu lipowej alei bzyczy sobie ulica PCK, kawałek dalej pod robiniami spacerują seniorzy na targowisko przy Chełmionce. Nikt się nie domyśla, że w tym toruńskim fyrtlu mieszka kilkanaście pszczelich rodzin. Bzyczy na dachu Urzędu Marszałkowskiego i połaciach Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych, bzyczy na Chrobrego, Przybyszewskiego, a nawet pomiędzy Szosą Lubicką a Antczaka. Produkcję toruńskiego miodu można liczyć w tonach. Jak to możliwe?

– W zeszłym roku zebraliśmy pół tony – mówi Maciej Żuchowski z Pasieki nad Strugą. – Mamy dwa zespoły uli. Jeden to stacjonarne toruńskie „pszczele przedszkole”, skupione na rozrodzie, reszta uli wędruje po zaprzyjaźnionych polach w Wielkim Rychnowie. Pomagają w gospodarstwie, znanym z olei tłoczonych na zimno. Aktualnie kończą latać nad czarnuszką, chociaż ich największym pożytkiem jest rzepak. Te są obecnie przewiezione do Białego Boru na pole gryki. 

Młode rodziny z działki w Toruniu pan Maciej łączy z tymi pełnymi, które oblatują rychnowskie pola. Na zimę jednak obydwie lądują w Toruniu. Jedna nad Strugą właśnie, a druga u znajomego na obrzeżach miasta. 

– Współpraca z tłocznią z Rychnowa zaczęła się od spotkania na Wolnym Jarmarku Toruńskim – wyjaśnia Joanna Żuchowska. – Zapytaliśmy właściciela, pana Musiała, czy nie chciałby pszczół w swoim rzepaku, on się zgodził i tak ruszyła współpraca. W taki sposób nawiązaliśmy stały kontakt. Dziś on sam dzwoni i informuje nas, że zbliża się kwitnienie rzepaku. 

Na akację i lipę ule państwa Żuchowskich wracają do miasta. Okazuje się, że w Toruniu to na działkach św. Józefa mają swój najlepszy popas, a i pasiek jest tam więcej. Niestety, w tym roku nadzieje na miód lipowy i akacjowy pokrzyżowała pogoda. Nektar spłynął z deszczem lub w ogóle go nie było. Skąd jednak w ogóle wzięła się Pasieka nad Strugą?

– Gdy ojciec miał już swoje lata, zlikwidował większość uli w Rogowie, bo tam była rodzinna pasieka – tłumaczy pan Maciej. – Zostawił sobie cztery-pięć uli na działce ROD – w środku miasta, niedaleko przy ul. Chrobrego. W tamtych czasach, w latach 80., w ogóle nie można było trzymać pszczół, ponieważ w miastach był zakaz. Tak samo, jak nie wolno było mieć kur, królików czy prosiaka na podtuczenie, a wszyscy je mieli (śmiech). Dziś można mieć pszczoły na ogrodach za zgodą walnego zebrania działkowców. Nikt nigdy nie miał do nas o nie pretensji. Gdy tata był już schorowany, a ja jeszcze nie „przejąłem pałeczki”, przez rok ule stały puste. Już w następnym sąsiedzi pytali się, czy pasieka się znów zapełni, czy ja coś w tym kierunku zrobię, bo mieli słabsze plony.

XIX-wieczne bartnicze tradycje Torunia kultywuje Koło Pszczelarzy, będące częścią Regionalnego Związku. Skupia kilkudziesięciu właścicieli pasiek w Toruniu i powiecie. Ci, którzy ulokowali je na terenach graniczących z wsią, nieco narzekają. Tu pszczoły latają głodne. Nie to, co w mieście, chociaż i tu rok był dla nich trudny – nektar z akacji i lip spłynął wraz z nawalnymi deszczami. Trzeba, niestety, w związku z tym spodziewać się wzrostu cen miodu. 

– Moje ule są tuż przy granicy z Małą Nieszawką – mówi Andrzej Śliwiński, skarbnik Koła Pszczelarzy w Toruniu. – Wokół nie ma praktycznie rzepaku, tylko kukurydza, ziemniaki, zboża. W tym roku przez deszcze i wichury moje pszczoły mogły liczyć tylko na spadź, a po podkarmieniu może uda się jeszcze załapać im na kwitnienie nawłoci, której pełno jest nad Wisłą. 

– Ja też po rzepaku zabieram więcej uli do miasta – mówi Maciej Żuchowski z Pasieki nad Strugą. – Na wsi po tym kwitnieniu właściwie nie mam pożytku dla 14 czy 19 rodzin, chociaż rośnie tam trochę lip i robinii. Starczy tylko na 4-5 uli. Wieś jest uboga. Dla pszczół najważniejsza jest bioróżnorodność. W czasach, gdy pola dzielone były na mniejsze areały lub funkcjonowały miedze, na których rósł głóg i inne rośliny kwitnące po sobie, to na wsiach pożytku było dużo. Dziś, gdy wszyscy przysłowiowo „poszli w kukurydzę” i stosują opryski, to jest przekleństwo. 

Dziś to miasta ratują pszczoły przed głodówką, nie tylko ze względu na monokultury, lecz i dlatego, że mieszkańcy wsi kwiatowe ogródki i warzywniaki zastępują trawnikami otoczonymi rzędami iglaków na żwirku. Kolorowe niekoszone pobocza, jakie widzieliśmy w tym roku w Toruniu, roiły się od pszczół wszystkich rodzajów – od bezobsługowych murarek po pszczoły miodne. Ich widok wzbudził wśród niektórych nawet lęk przed „ugryzieniem”. 

– Pszczoła nie ugryzie, bo nie ma kłów – śmieje się Maciej Żuchowski. – Może żądlić, ale pszczoły nie są tym zainteresowane. Najczęściej atakują osy, ale to dlatego, że wędrują za ludźmi. Przyciąga je nasze jedzenie: nadgryzione jabłka czy otwarte piwa. Pszczoły tak niskim stężeniem cukrów w ogóle się nie interesują – dodaje. – Teraz, gdy wszystko kwitnie wokół nas, po prostu zaczynamy dostrzegać owady, bo mamy je bliżej. I dobrze. Już Albert Einstein policzył, że gdy wyginą pszczoły, ludzie przeżyją je zaledwie o cztery lata. Czas je docenić i docenić niekoszenie, bo nasze pszczoły mają się w tym roku świetnie. Cały czas coś znoszą, cały czas pracują. Mają ogromny pożytek pyłkowy, a właśnie dzięki niemu nowe pokolenia mają szansę przeżyć. Pszczoły to nie tylko miód i nektar. To pyłek jest budulcem pierzgi – składającej się z zakwaszonego pyłku, śliny i miodu. To jeden z najbardziej wartościowych pokarmów na świecie zarówno dla pszczół, jak i ludzi, a miasto jest potęgą pyłkową, dzięki temu, że zarosło. Trzeba, żeby ktoś o tym głośno mówił. Nawiązując trochę do Einsteina – każdy rok niekoszenia przedłuża nam wszystkim życie. 

Tagged

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *