Podfilipska: „Teatr nie jest miejscem, do którego przychodzę się leczyć”

Kultura Polecamy Wywiady
Matylda Podfilipska, fot. Łukasz Piecyk

Z Matyldą Podfilipską, aktorką teatru im. Horzycy, która wystąpiła ostatnio w znanym serialu „Diagnoza”, rozmawia Robert Kamiński.

Spóźniła się pani na swój ślub?

– Nie. Dlaczego?

W spektaklu „W co się bawić” złożonym z piosenek Wojciecha Młynarskiego śpiewa pani piosenkę wykonywaną przez Edytę Geppert „Spóźniłam się na mój ślub”. Muszę przyznać, że wypadła pani w niej niezwykle przekonująco. Emocja, jaką pani przekazała była bardzo realna. Jak życie osobiste wpływa na grę aktora?

– Jak każde doświadczenie, z którego czerpiemy. Tak jak każda postać, którą kreuję w teatrze osadza się gdzieś we mnie i tworzy mój bagaż, tak samo moje życie osobiste tworzy moje doświadczenie, z którego czerpię.

Da się to oddzielić?

– I tak i nie. Nie da się jednak funkcjonować na tym poziomie, na którym ja bym chciała funkcjonować zawodowo, uprawiając w teatrze autoterapię. Moje problemy, są moimi problemami i czasami mogą się do czegoś przydać w kształtowaniu roli. Ale teatr nie jest miejscem, do którego przychodzę się leczyć.

Kiedy jednak pani śpiewała, byłem święcie przekonany, że naprawdę spóźniła się pani na swój ślub.

– To świetnie, że odniósł pan takie wrażenie. Nie musi mnie pan jednak znać osobiście, żeby coś pana w teatrze poruszało. Nawiasem mówiąc, pyta pan tak, jakby pierwszy raz był w teatrze i jakbym pana nabrała, że dzielę się swoim własnym przeżyciem. 

Da się takie autentyczne uczucie wykreować bez analogicznych doświadczeń? Można naprawdę zagrać miłość, nigdy nie kochawszy? 

– A można zagrać tragedię w której się zabija, nigdy nie zabiwszy? Jak nie zabiję własnego dziecka, to nie mam prawa zagrać Medei? Bo nie mam z czego czerpać? Aktor pracuje całe życie na swojej rozwibrowanej wyobraźni i emocjonalności, korzysta ze swoich doświadczeń. Jedną z predyspozycji zawodowych jest właśnie ta wyobraźnia, która bardzo pomaga. Pomaga też uważność. Aktor nie jest jednak skazany tylko na czerpanie ze swoich własnych doświadczeń. Może obserwować innych, posiadać empatię i przez współodczuwanie czerpać coś, co potem przydaje się w pracy. Aktor musi pozostać w pewnej czujności i rozedrganiu, niezależnie od tego, czy robi to po raz pierwszy czy sześćdziesiąty.

Mówi pani o swego rodzaju kontroli?

– Trochę kontroli na pewno w tym jest, bo przecież nikogo na scenie nie zabijam. To też jest pewien rodzaj profesjonalizmu. Nie gra się niczego z automatu, za każdym razem tak samo. To w moim poczuciu rodzaj uczciwości aktorskiej. Aktor stara się być i przeżywać tu i teraz, co czasem jest bardzo kosztowne. Z powodu tej uczciwości aktorskiej, ciągle balansuję na granicy kontroli i zatracenia. Robiąc coś uczciwie, oddając się temu, nie jestem w stanie kontrolować każdego ułamka sekundy. Ale z tyłu głowy pozostaje kontroler, który pozwala na scenie nie zabić.

Ale czy właśnie ostatecznym celem nie jest to, żeby się zatracić? Żeby puścić tę kontrolę?

– Trudno mi sobie to wyobrazić, jakby to było, stracić tak zupełnie kontrolę. Próbuję po prostu przekonać widza do tego, nad czym pracowałam w czasie prób. Wypracowałam jakiś przebieg dramaturgiczny, mam zaplecze w postaci różnych odniesień, które ugruntowują mnie w rzeczywistości danego spektaklu. To część tego zawodu: być jednocześnie tu i teraz, ale bez utraty całkowitej kontroli.

A naturszczycy? Nie grają w tym profesjonalnym sensie jak pani, ale po prostu są. Są – nie muszą grać.

– Nie wiem, nie jestem aktorką naturszczyczką… (śmiech) Jak to się mówi?

Co sprawia pani największą przyjemność w tej robocie?

– Bycie tu i teraz. Zgłębianie za każdym razem nowych możliwości związanych z nowym tekstem i z nowymi ludźmi, z którymi pracuję. Bycie z nimi, tworzenie czegoś w oparciu o zderzenie różnych wrażliwości. Czyli to, czego sama bym nie zrobiła.

Nie ma pani takiego poczucia, że po aktorstwie, zwłaszcza teatralnym, nic nie zostaje? Przygotowujecie spektakl miesiącami, przychodzi premiera, potem 5 minut braw i koniec. Rozchodzicie się do domów, ostatni gasi światło. Kiedy rzeźbiarz zrobi rzeźbę, to ta rzeźba jest. Jak muzyk nagra płytę, to ta płyta jest. Po spektaklu nie zostaje nic. Pytanie: warto coś takiego robić?

– I co mam powiedzieć? Że nie warto? Czy według pana, jako widza, warto? Czy w panu coś zostaje? To także pytanie do widza. Jeżeli zakłada pan, że może tak być, że nic nie zostaje, to jest to strasznie przykre.

A dla aktora? Z jego punktu widzenia?

– Spotkałam na szczęście w życiu parę osób, w których wiem, że coś zostało. Wiem, że we mnie zostaje ten bagaż, który mnie tworzy. 15 lat temu zaczynając pracę tutaj nie miałam go. Byłam dużo młodsza i mniej doświadczona i prawdopodobnie mniej zatroskana. Ta forma nabywania świadomości, zdobywania doświadczeń bardzo mi odpowiada. We mnie na pewno coś zostaje.

W filmie jest inaczej? Grając w filmie ma się poczucie, że tu jednak pozostaje konkret?

– No tak, zostaje nagranie. Jednak i tak uważam, że najważniejsze jest to, czy film kogoś poruszył, czy nie. Tak samo jak w teatrze. Zależy to od odbiorcy i od tego momentu, w którym akurat jest w życiu. Ten sam film obejrzany przeze mnie dziś i 15 lat temu to są tak naprawdę dwa zupełnie inne filmy. Mam teraz zupełnie inne doświadczenia.

Czy grając w filmie ze znanymi aktorami, odczuwa pani ich profesjonalizm?

– Pracując na planie „Diagnozy” z takimi aktorami jak Adam Woronowicz czy Danuta Stenka, odczuwa się, że są to są profesjonaliści w najlepszym tego słowa znaczeniu. Obserwuje się ich z prawdziwym zainteresowaniem. Pracują w skupieniu i jednocześnie potrafią wokół siebie tworzyć bardzo przyjazną atmosferę, komfortowe warunki do współpracy. To wielka przyjemność.

Co to znaczy „komfortowe warunki do pracy”?

– Radość ze spotkania, uważność na drugiego człowieka, szacunek do tego, co ma do zaproponowania. Świeżość w tworzeniu tu i teraz.

Czyli nie dają odczuć swojej wielkości w rodzaju: „Ja jestem Danuta Stenka – wielka gwiazda”…

– W ogóle. Akurat pani Danuta Stenka bardziej życzliwie do mnie podeszła niż mogłam się tego spodziewać, ponieważ ma bardzo miłe wspomnienia związane z Toruniem i z niektórymi naszymi aktorami z naszego teatru. Odniosła się do mnie z dużą sympatią. Skorzystałam z tego, że akurat pracuję w tym teatrze, z którym ma ona dobre skojarzenia.

Czego się pani od niej nauczyła?

– Nie wiem. To się pewnie okaże. To że obserwuję profesjonalnych aktorów, którzy z dużym wyczuciem, skupieniem, szacunkiem pracują i mają dobre rezultaty tej pracy, to pewnie jest dla mniej jakimś wzorem. Znakiem, że to dla mnie właściwa ścieżka.

Jak to: „się okaże”? Czyli na owoce przyjdzie poczekać? Na przykład rok? Dwa?

– Możliwe. Nie wiem. To są te kolejne doświadczenia i bagaże, które gdzieś tam sobie gromadzę i nie wiem jeszcze, co, gdzie i kiedy ze mnie wypłynie. Co okaże się potrzebne.

Kto jest pani zdaniem w Polsce aktorką idealną? Która osiągnęła mistrzostwo, do
którego chciałaby pani dążyć?

– Nie mam takich ideałów. Mam świadomość, że aktor jest tylko człowiekiem. Przy każdym nowym wyzwaniu ci najlepsi aktorzy stają się nowicjuszami. Korzystają ze swoich doświadczeń, ale mimo wszystko wchodzą w to nowe ze świeżością i niepewnością, nie mając pojęcia, co z tego wyniknie. To jest dla mnie też jakiś wzór w myśleniu o tym zawodzie. Żeby nie zamierać w poczuciu, że wiem już wszystko, że już wiem, jak się pracuje nad rolą i że już wiem, co chcę osiągnąć. Zaczynając nową pracę nad nową rolą, dążę do jakiegoś nowego efektu. To zawsze droga w nieznane.

Droga bez końca?

– Zawodowo droga bez końca. Natomiast jeśli chodzi o pracę nad rolą, to znam koniec. Jest nią dzień premiery. Chociaż i tak jest to etap pracy, bo rola żyje, ma prawo się zmieniać, ma prawo dojrzewać wraz ze mną. Trzy lata po premierze spektakl zwykle wygląda zupełnie inaczej niż na początku.

Wróćmy na chwilę do Młynarskiego. Powiedziałem, że zachwyciła mnie pani wykonaniem utworu Edyty Geppert. Z Kaliną Jędrusik w słynnej piosence „Z kim tak ci będzie źle jak ze mną” – było już znacznie gorzej. Krótko mówiąc – nie była pani przekonująca i nie kupiłem tej interpretacji. Rozumiem, że zachwyty są przyjemne… A jak znosi pani krytykę?

– Cóż. Przyszedł człowiek i ma takie odczucia, jakie ma. Co mam zrobić z pana odczuciami? Myśli pan, że występując w tym spektaklu wychodzę na scenę z założeniem, żeby zaśpiewać lepiej niż Kalina Jędrusik? Albo z poczuciem, że i tak zrobię to gorzej? Poza tym, dlaczego miałbym przeskakiwać Jędrusik?

Ale nie pomyślała pani: „skoro się komuś nie podobało, to może bym coś poprawiła”?

– Może zaśpiewam jutro tak samo, a ktoś powie, że bardzo go to poruszyło. I co mam z tym zrobić? Wykonałam swoją pracę. Kogoś poruszyło, a kogoś innego nie. Koniec i kropka.

To inaczej: większą przyjemność sprawił pani komplement, czy większą przykrość uwaga krytyczna?

– Przepraszam, ale to nie ma znaczenia. To znaczy jest to dla mnie z pewnością interesujące i przyjmuję to do wiadomości. Jednak nie będę teraz płakać i prosić o wycofanie tej piosenki ze spektaklu, a w zamian zaśpiewam dwa razy „Spóźniłam się na mój ślub”. Nie zrobię tego, przykro mi. Natomiast zawsze jest dla mnie bardzo ciekawe, jak to ludzie odbierają. Tyle że to raczej mówi o panu, niż o mnie.

Czyli moje zdanie nie ma dla pani znaczenia w tym sensie, że jest pani przekonana, że zrobiła pani to jak najlepiej potrafiła w tamtej konkretnej chwili.

– Oczywiście. Jednak żeby nie było nieporozumień: pana odbiór jest dla mnie ciekawy, ale nie powoduje we mnie chęci rozdzierania szat i rzucenia się z najwyższego piętra Pałacu Kultury, bo panu nie odpowiada interpretacja jednej z moich piosenek. To dokładnie pana sprawa. Nie musi panu odpowiadać.

Czego mogę pani życzyć?

– Szczęścia do spotykania dobrych i ciekawych ludzi.

Myśli pani, że to zależy od szczęścia? A nie od pani profesjonalizmu?

– Spotkanie z dobrym i ciekawym człowiekiem, chyba jednak zależy od szczęścia.

Gdyby nie była pani coraz lepsza i coraz bardziej profesjonalna zawodowo, to pewnie tych okazji do spotkań z ciekawymi ludźmi miałaby pani znacznie mniej.

– Znam wiele aktorek i aktorów bardzo ciekawych, którzy nie mieli okazji, nie mieli szczęścia, żeby spotkać kogoś, kto by im powiedział: „Mam dla ciebie wyzwanie, taką, a taką propozycję. Poszukajmy czegoś razem.” Nie zawsze samemu da się odkryć niespodzianki. Czasami naprawdę potrzebujemy drugiego człowieka, żeby otworzyć w sobie nową skrzynkę pełną skarbów.

Tagged