Zrozumieć swoje szczęście. Historia Krystyny Boguty

Box2 Mała Czarna Wiadomości
Kiedyś zaułki Ostrołęki były podwórkiem pani Krystyny. Dziś naturalnym przedłużeniem jej domu jest Starówka - tu czuje się najlepiej. Fot. Łukasz Piecyk

Krystyna Boguta podczas letnich protestów w obronie lip w al. Jana Pawła II stała się gwiazdą internetu. Malutka starsza kobieta, dzielnie blokująca wraz z kolorowym tłumem przejazd aut na pl. Rapackiego, wzruszyła wielu ludzi. Jeszcze bardziej wzrusza jej historia, która, jak mówią jej znajomi, uzmysławia, jak wielkiego szczęścia wielu z nas doświadcza.

– Gdy ta maleńka starsza pani stała obok mnie przed przejściem, miałem wrażenie, że z zakłopotaniem spogląda na tłum protestantów – pisał Kamil Snochowski, uczestnik demonstracji. – Oceniłem, że pewnie ta masa ludzi była powodem zaniepokojenia, czy uda się jej przejść na drugą stronę. Gdy ruszyliśmy, spoglądałem, czy radzi sobie na nierównej nawierzchni i czy nikt jej nie stoi na drodze. Po drugiej stronie nawet mówiłem do innych „proszę zrobić miejsce dla tej pani”, aby mogła spokojnie ruszyć w dalszą drogę. Pani grzecznie podziękowała i… zawróciła. Okazało się, że też brała udział w proteście! Który, przypomnę, polegał na chodzeniu tłumnie w obie strony dla zilustrowania, o ile wydłuży się czas oczekiwania dla kierowców po przebudowie placu – właśnie z myślą o takich paniach. I tak powolutku protestowała – raz w jedną, raz w drugą. Pewnie przy tej okazji pierwszy raz mogła przebyć ten dystans w swoim tempie, bez groźby czerwonego światła. To co? Chyba warto działać?

REKLAMA

Zdjęcie obiegło toruński internet i stało się hitem tego protestu. Jak się okazuje, czułość i troska uczestników była niepotrzebna, a interpretacja nieco na wyrost. Pani Krystyna jest bowiem zawodowym piechurem i mogłaby zawstydzić niejednego młodzieniaszka. 14 km jednego dnia to dla niej pryszcz.

– Zapisałam się do Komitetu Obrony Demokracji – mówi 87-letnia Krystyna Boguta w swoim mieszkaniu na ostatnim piętrze kamienicy przy Szerokiej. – Mam doświadczenie w demonstracjach, a ile ja się pod sądami nastałam – śmieje się. – Taka miła młoda dziewczyna wzięła mnie tam na przejściu pod ramię, bo bała się, że się przewrócę. A ja idę, pod nogi nie patrzę, się nie przejmuję… Gdy ostatnio odwiedziła mnie rodzina z Lubelszczyzny, poszliśmy na piechotę na Zamek Dybowski i w okolice wału przeciwpowodziowego, gdzie kiedyś mieszkałam. Na moście uruchomiłam krokomierz. Naliczył tego dnia 14 tys. kroków! A zdjęcie znam, mam je na tablecie. 

150 cm wzrostu, bujne, naturalnie kręcone, krótkie, siwe włosy, bystre, niebieskie oczy, wygodne obuwie i obowiązkowe spodnie – to znaki rozpoznawcze, które pomagają wyłuskać ją na zdjęciach z protestów. 

– Ona przychodzi na wszystko, dosłownie na każde spotkanie. Nie odzywa się, pilnie słucha, ale jest zawsze. Niezwykle szanuję ją za zaangażowanie. Jej nie trzeba nawet za bardzo informować, ona po prostu wie, kiedy ma przyjść – mówi młodszy kolega Krystyny i jej pierwszy biograf, Roman Spandowski. – Ma ogromną potrzebę bycia. Bardzo ją szanuję za to, że chociaż jest u schyłku życia i mogłaby się z niego wycofać, ciągle do czegoś dąży, czegoś oczekuje. Z okazji rocznicy pierwszych prawie wolnych wyborów zorganizowaliśmy happening z kartkami na cukier i papierem toaletowym pod hasłem „4 czerwca 1989 r. skończył się w Polsce komunizm”, było to niemal pod domem pani Krystyny, koleżanka przynosiła gadżety z tamtych czasów prosto z jej właśnie mieszkania. Jest niezwykle małomówna i żeby wyciągnąć z niej wspomnienia, trzeba się było trochę namęczyć. Podziw bierze, że jest tak aktywna, choć mieszka na trzecim piętrze, na które wchodzi się po bardzo, bardzo stromych schodach. Dopiero po poznaniu jej życiorysu człowiek nieszczęśliwy uzmysławia sobie, czym jest szczęście. Śmierć ojca, śmierć matki i jej ciało wyrzucone z pociągu, w drodze do obozu koncentracyjnego w Działdowie, sierocińce… 

Skąd Krystyna Boguta wzięła się w Toruniu? Dlaczego tak nieustępliwie maszeruje na protestach? Historia jest długa i pełna wzruszeń. Zaczyna się w 1932 r., gdy rodzi się w Warszawie, przy nieistniejącym dziś odcinku ul. Złotej. Całkowicie zniszczony i nieodtworzony do dziś odcinek to nic innego, jak dzisiejszy… pl. Defilad, gdzie stoi Pałac Kultury i Nauki. Lepszego adresu nie można sobie wyobrazić.

– Tata był policjantem i porucznikiem rezerwy. Tata mamy, a mój dziadek, był bardzo dobrym męskim krawcem, szyli się u niego znani ludzie. Urodziłam się w Warszawie, ale wojna zastała nas w Ostrołęce – opowiada o początkach swojego życia pani Krystyna. – Pamiętam ten moment, kiedy ojciec przyszedł do domu i powiedział, że został zmobilizowany. Jego oddział już wyruszył, on za nim podążył. Razem z nim dotarł do wschodniej granicy… Ostatnie wieści o nim były spod Mińska białoruskiego. Chyba tam zginął… Długie lata go szukaliśmy. Najpierw mama, potem brat. Głównie on…

Dlaczego głównie brat? Starszy o półtora roku miał dużo więcej szczęścia w życiu niż siostra. Po śmierci ojca mama wysłała go do Warszawy. Gdy wybuchła wojna, był już w drugiej klasie szkoły podstawowej, a rodzinie zależało na tym, by dalej się kształcił, a tylko w stolicy była taka możliwość. Zamieszkał u dziadków, którym przypominał syna. Córka w tym czasie została z matką, bez środków do życia nad Narwią. Trwało to krótko, ale wspomnienia z tego okresu można uznać za radosne.

– W Ostrołęce znałam wszystkie kąty, każdą brakującą sztachetę – śmieje się pani Krystyna. – To było nasze podwórko, nasz labirynt, po którym jako dzieciaki uciekaliśmy przed Niemcami. Lubiliśmy z kolegą drażnić dzieci volksdeutschów, a potem uciekaliśmy ze strachu przed karą przez ogrody, płoty, do domu. Ja nie mogłam usiedzieć, i do dziś nie mogę. Całe miasto było nasze. Moim i kolegi przyjacielem był Kajetan, wołaliśmy na niego Kajtek. Jego tata miał takie małe ogrodnictwo na obrzeżach miasta. Ukrywali żydowskie pochodzenie, klepali biedę. Przynosiliśmy im jedzenie. Ich też chyba On zakapował. Przyszłam kiedyś, Kajtka nie było… Zniknęli. Nie wiem, czy przeżył, ale słowo daję, gdybym spotkała go dziś na ulicy, to bym go poznała. 

Kim był On? Mężczyzną. Mężem, ojcem, przed wojną zapewne porządnym człowiekiem. Słabym człowiekiem, którego wojna uczyniła kapusiem, szmalcownikiem, zdrajcą.

– Po mamę przyszło gestapo, pobili ją, ja też oberwałam – mówi, zacinając się ze wzruszenia. – Mama miała radio, sąsiad doniósł, wylądowała w więzieniu. Na szczęście do mieszkania były drugie drzwi, od kuchni. Pod nami mieszkała taka fajna sąsiadka, gdy gestapo przeszukiwało dom, ona tam jakoś weszła, zabrała radio i wyrzuciła na pole. Sąsiada, który zakapował, znaliśmy, mówiliśmy sobie dzień dobry… On przychodził do nas słuchać tego radia. Gdy wojna się kończyła, Niemcy zabili i jego, już nie był im potrzebny. Spotkałam mamę potem tylko raz, w środku zimy, prowadzili ją chyba do lekarza. Chorowała na serce. Drelich, drewniaki na gołych nogach, wszędzie śnieg. Potem wywieźli ją do obozu koncentracyjnego w Działdowie. Chyba nie dojechała.

To, czego pani Krystyna nam nie mówi, to to, że jej mama umarła w drodze, a ciało, jak jej powiedziano, wyrzucono z pociągu. Ona, wówczas 10-letnia, została sama. Już na zawsze. Miejsca spoczynku ciał matki i ojca pozostają nieznane. Krystyna, już jako dorosła, umieściła pamiątkową tabliczkę na rodzinnym grobowcu. Tam zapala znicze. Przez te wszystkie lata udało jej się przechować zdjęcie portretowe matki, pięknej kobiety, i ojca – nieco pyzatego dżentelmena z muszką. Kazała je powiększyć i włożyła do albumu ze zdjęciami obok siebie. 

– Najpierw wzięła mnie do siebie koleżanka mamy, potem kolejna – mówi z rezygnacją. – Potem sierociniec, jeden, drugi, trzeci. Od Krzeszowic koło Krakowa po Ustkę. Miałam tego dość. Przerzucali mnie między sobą jak piłkę, zadecydowali za mnie, do jakiej szkoły mam pójść. Miałam tego dość, gdy tylko skończyłam szkołę ogrodniczą, ruszyłam do pracy. Ogłoszenie znalazłam wetknięte za okienną szybę gdzieś w Ostrołęce. Było napisane na nim, o której odjeżdża pociąg i to wszystko. Zgłosiłam się i odjechałam z nimi

Była to praca nietypowa i trudna dziś do wyobrażenia. Zniszczona wojną Polska odbudowywała dworce i linie kolejowe oraz zaopatrywała w połączenia m.in. z kopalnią w Bełchatowie czy między Rosją, a… Braniewem. Przedsiębiorstwo Robót Kolejowych nr 12 Gdańsk pracowało m.in. przy linii 217 z Braniewa do Bogaczewa, która jako jedna z niewielu w Polsce jest szerokotorowa. W latach 1953-57 lotna brygada kolejarzy i uroczo brzmiący zakład Kablobeton Warszawa zbudowali tu część Stałego Rejonu Przeładunkowego Braniewo, analogiczny do wojskowego Mamonowa II. To tą linią wojsko radzieckie jechało pacyfikować Praską Wiosnę… Dziś linia ta w sporej części jest nieczynna i zarasta.

– Byłam jedyną kobietą wśród kolejarzy – wspomina pani Krystyna. – Czasem pracowała też kucharka. Robiłam wszystko, od list płac po kopertowanie i rozwożenie wypłat. A w tym Braniewie wysłali mnie w las i kazali iść, aż policzę, ile podkładów tego dnia położyli. Najśmieszniej było w Bełchatowie. Przez rok rzucałam naszym ekipom wypłaty przez okno pociągu – śmieje się. – Jak to możliwe? Raz w miesiącu wsiadałam do naszego specjalnego składu, który miał dwa wagony na potrzeby brygady. Nie było tam gdzie i jak robić wypłat, więc pociąg tylko zwalniał. Majster otwierał okienko w umówionym miejscu, a ja wyrzucałam pieniądze w kopertach, gdzie łapał je tamtejszy brygadier…

Jak wspomina to życie w męskim świecie? Była odpowiedzialna za „pieniądz z nieba”, ale nadal była tylko dwudziestoletnią panienką wśród znacznie starszych od siebie, prostych robotników. 

– Radziłam sobie, przyzwyczaiłam się do nich, a oni do mnie – wspomina. – Może się mnie bali, bo w końcu ode mnie zależały ich wypłaty. Ale jak oni pili! – załamuje ręce. – Niejeden nie był w stanie łopaty w ręku utrzymać, jeśli nie wypił! Pracę zaczynali od kiosku z piwem i na nim kończyli. 

Dziś 87-letnia Krystyna Boguta mieszka w tym samym mieszkaniu w centrum starówki, w którym pojawiła się w 1957 r., gdy „lotna brygada” osiadła w barakach przy wale przeciwpowodziowym za Zamkiem Dybowskim. Nigdy nie założyła rodziny, ale nie żałuje. Od wielu lat jest na emeryturze i może przez to, że do pracy chodziła na piechotę, to ciągle gdzieś chodzi, bo jak sama mówi „nie może wysiedzieć”. Dziś jej labiryntem i podwórkiem jest Zespół Staromiejski i jego zaułki. 

– Nie siedzę w mieszkaniu, nie umiem, choć tu tak stromo! Wszyscy mnie tu znają. Niejeden się dziwi, że ledwie widział mnie w jednym kącie starówki, już jestem w drugim. Wszędzie jest blisko, można dużo chodzić na piechotę! Ostatnio wybrałam się na spacer z domu na Przybyszewskiego i z powrotem. 

Zapytana, dlaczego chodzi na demonstracje, mówi z uśmiechem.

– Pani, bo ja tego Kaczyńskiego tak nie lubię! Kobietami rządzić chce, niedoczekanie jego!


Tagged

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *