“Awantura o trzy metry łańcucha” – O „Piątce dla zwierząt” rozmawiamy z Piotrem Korpalem z Toruńskiego Towarzystwa Ochrony Praw Zwierząt

Box2 Polecamy Wiadomości Wywiady
Fot. Łukasz Piecyk

Zacznijmy od poziomu podstawowego. Co “piątka” oznacza dla zwykłego człowieka, który ma w domu psa lub kota?

Dla takich osób nie oznacza nic, czego do tej pory nie wymagała ustawa z 1997 roku o ochronie zwierząt, która nałożyła pewne obowiązki na właścicieli zwierząt domowych i to tyle. Dla przeciętnego zjadacza chleba nie zmienia się nic. Zmienia się dla pewnych grup zawodowych.

REKLAMA

A dla kogoś, kto prowadzi hodowlę zwierząt rasowych lub prowadzi coś, co do miana hodowli aspiruje?

Tu pojawia się nowa propozycja, aby zdefiniować pojęcie zwierzęcia rasowego. Do tej pory ono nie istniało, więc dochodziło do wielu nadużyć. W obecnej propozycji pies rasowy posiadać ma rodowód Polskiej Księgi Rodowodowej prowadzonej przez Związek Kynologiczny, a kot rodowód uznany przez Unię Felinologii Polskiej. Jeśli ktoś prowadzi hodowlę i robi to w sposób prawidłowy, to fakt, że będzie musiał ją przenieść do innego stowarzyszenia, nie czyni dla niego różnicy. Problemy zaczynają się, gdy prowadził ją w sposób nieprawidłowy. Wówczas ZKwP czy UFP nie pozwolą mu tego zwierzęcia sprzedawać. Pojawić się mogą problemy branżowe, np. w przypadku ras nie uznanych jeszcze przez ZKwP. Przez wiele lat, np. owczarek niemiecki długowłosy dla tego stowarzyszenia był zwykłym kundelkiem. To jest tak mały promil, że przeciętnego hodowcy to nie dotknie. Oczywiście, monopol jednej organizacji może niepokoić, mimo wszystko ta propozycja z “piątki” ma więcej plusów niż minusów, szczególnie, że wprowadza zapis, że do obrotu będzie można wprowadzać wyłącznie psy i koty rasowe.

Czyli zniknie zjawisko tzw. “pseudohodowli” zakładających stowarzyszenia-krzaki, tylko po to, żeby móc zarabiać na sprzedaży?

To pojęcie jest ściśle związane z pojęciem dobrostanu zwierzęcia. Nie każda hodowla poza ZKwP czy UFP ten dobrostan narusza, ale tak, “piątka” zdecydowanie ograniczy ten proceder. Dobromir Sośnierz twierdzi, że hodowcy będą musieli wynajmować hangary. Czy to prawda?

Mnóstwo ludzi wynajmuje pomieszczenia na wsi i tam hoduje zwierzęta, ponieważ hodowla zwierząt na wsi jest specjalnym sektorem działalności rolniczej i jest zwolniona z podatku. Sośnierz i jemu podobni próbują wyciągać z projektu rzeczy, których w nim nie ma. Jakie czasy taki Jan Jakub Rousseau. Liczy się jedynie dobrostan zwierzęcia, bo znęcać się można wszędzie i w stodole i w Pałacu Buckingham. 

A co ze schroniskami? Były poseł PiS, Krzysztof Czabański zapowiadał od dawna, że prowadzić je będą mogły tylko stowarzyszenia i fundacje ze statusem Organizacji Pożytku Publicznego. 

Dziś założenie fundacji czy stowarzyszenia z działalnością gospodarczą zajmuje 30 minut i kosztuje bodaj 150 zł. Odkąd PiS w 2017 zaczął mówić o tej propozycji, większość schronisk komercyjnych zaopatrzyła się we własne fundacje i stowarzyszenia. Zapewne Radysy czy Wojtyszki również i mają je w pogotowiu. Trwają za to prace nad rozporządzeniem Ministra Rolnictwa, gdzie są propozycje np. unormowania wielkości wybiegów w schroniskach, maksymalnej powierzchni schronisk czy ilości zwierząt w nich. Resort wraz z pełnomocnikiem do spraw ochrony zwierząt zaangażował do tego fachowców. W przeciwieństwie do “piątki”, która zadziała się jak na rollercoasterze, gdzie wszyscy krzyczeli i podnosili ręce, tu może powstać sporo dobrych zapisów. Widzę jednak niebezpieczeństwo, że te największe schroniskowe molochy po prostu się podzielą. Jak na fermie w Góreczkach.

Co to znaczy, podzielą?

Na fermie w Góreczkach działają 33 podmioty na jednej działce, a żaden z nich nie ma decyzji, tzw. “środowiskowej”. Każda z tych 33 hodowli nie ma powyżej 84 tys. norek, zatem nie ma obowiązku budowania oczyszczalni itp. Gdy sobie zarejestrujesz 33 takie w jednym miejscu, to powstaje ferma na pół miliona zwierząt na jednej działce. I tak ma pan Szczepan Wójcik w Góreczkach, w tej najładniejszej fermie, która występowała we wszystkich mediach. To są oficjalne dane. Powiatowy Inspektorat Weterynarii kontroluje te podmioty i wie ile ich dokładnie ma na tej jednej działce. W zarządzie każdego z Góreczek zasiada człowiek o nazwisku Wójcik: żona, kuzyn, brat, ale zawsze Wójcik.

Takiej wielkości ferma, niezależnie od tego, czy zajmuje się zwierzętami futerkowymi czy hodowlą kurczaka, raczej miłym sąsiedztwem nie jest.

Tak, tylko pamiętajmy o tym, że “piątka” hodowli przemysłowej zwierząt na ubój nie dotyka, poza niewielkim procentem – produkcji na eksport do Turcji i Kataru, czyli odbiorców mięsa halal oraz innych krajów kupujących mięso koszer. Jeśli “piątka” zostanie uchwalona, odetchną tylko sąsiedzi ferm zwierząt futerkowych i im znacząco poprawi się komfort życia. 

A w jakim procencie hodowle futerkowe w Polsce posiadają decyzje środowiskowe, a co za tym idzie infrastrukturę, o której mówiłeś?

Ja się z taką nie spotkałem. Tych ferm, wbrew pozorom, wcale dużo nie ma. Podejmowano próby uzyskania zgód, w decyzji pojawiał się np. nakaz budowy osadnika do zanieczyszczeń, oczyszczalni. To się zupełnie nie opłacało, w związku z tym w 2004 roku wykonano pewien trick polityczny. Na każdy gatunek zwierzęcia futerkowego jest pewien limit zagęszczenia w danym miejscu, aby nie trzeba było uzyskiwać zgód środowiskowych. W przypadku norek do 2004 roku było to 8,4 tys. zwierząt. Nie było problemu, fermy istniały, ludzie mieszkali w pobliżu, a gdy nie było wiatru, tych ferm nie było nawet czuć. W 2004 roku nowelizacja rozporządzenia podniosła te normy dziesięciokrotnie. Wtedy zaczęło śmierdzieć i wtedy zaczęły się protesty i to nie ekologów, tylko rolników. Setki much w domu i smród taki, że nie można wyjść spowodowały konflikt. Niewielu dziś pamięta, że na toruńskich Wrzosach była kiedyś ferma lisów. Gdyby z dnia na dzień, liczba zwierząt wzrosłaby tam dziesięciokrotnie, mieszkańcy by ją roznieśli i żaden “ekoterrorysta” nie byłby do tego potrzebny. 

Bufor wokół takiego miejsca powinien wzrosnąć również dziesięciokrotnie. A to wyklucza tereny z innych inwestycji..

 Tak naprawdę, to co próbują przedstawić nasi lokalni politycy, to nie jest konflikt pomiędzy rolnikami a “miastowymi”. To jest konflikt pomiędzy mieszkańcami wsi, a wąską grupą hodowców. A tych ciężko nazwać rolnikami, jeżeli weźmiemy definicję ze Słownika Języka Polskiego, że jest to osoba prowadząca gospodarstwo rolne i pracujące na roli. Wpływy z podatków branży futrzarskiej to 11 mln zł, a rozchody z tytułu zwrotu podatków (VAT), bo futra są sprzedawane za granicę, to jest 27 mln zł. Ta branża dla nas nie jest na plusie. Na dzień poprzedzający dyskusję w sejmie ZUS podał dane, że w branży pracuje 864 osoby. Poseł sprawozdawca, obecny minister Puda podał te wszystkie dane podczas dyskusji sejmowej. Jakoś nikt tego nie zauważył. Cykl życia norki  (na fermie) trwa poniżej jednego roku  i dlatego zamknięcie branży w rok wydało się być zupełnie sensowne. Tymczasem pan Wójcik wspiera Radio Maryja, utrzymuje swój serwis wsensie.pl, fundację Polska Ziemia i Rola i kilku innych, które udają instytuty rolnicze. Skąd są na pieniądze?

Z tego wszystkiego rolników dotknęła najbardziej chyba perspektywa ograniczenia uboju rytualnego.

Jeśli chcesz nazywać tą branżę rolnictwem to tak. Czy hodowca mięsny, przemysłowy, jest rolnikiem? Nie uderza to w polską wieś. Ilu ludzi prowadzi hodowle przemysłowe? A ilu spośród nich posiada ubojnie, gdzie dokonywany jest ubój rytualny? W wielu krajach sprzedaje się, zresztą, mięso halal z uboju po ogłuszeniu zwierzęcia. Liczy się tylko obecność muzułmanina, modlitwa przy zabiciu i pieczątka. “Piątka” nie likwiduje lecz ogranicza ten ubój i nie wyklucza renegocjacji kontraktów na towar halal, ale po ogłuszeniu. Na Boga, to nie jest tak, że my całe mięso sprzedajemy do Turcji czy Kataru!  Przypomnijmy zresztą, że to młoda gałąź biznesu. Do 2014 roku eksport tego mięsa był przecież zakazany. To od kontrowersyjnego wyroku Trybunału Konstytucyjnego ta branża rozpoczęła swoją legalną działalność, bo orzeczenie rozszerzono o eksport tego mięsa. 

To może chodzi o psy na łańcuchach? Może dlatego rolnicy wyszli na ulicę?

Moim zdaniem to jest kwestia pandemii. Mamy trudny rok, wszyscy czują się niepewnie, czują się zagrożeni. Mamy przeciwnika i długą tradycję rozliczania na ulicy tych, którzy zdradzili nas o świcie. Ktoś sobie na tym buduje elektorat, a tak naprawdę dla większości mieszkańców wsi to nie ma znaczenia. A wydłużenie łańcucha z 3 do 6 metrów nie zmienia nic. Problemem nie jest jego długość, tylko deprywacja potrzeb behawioralnych psa. Dopóki on będzie na łańcuchu jego długość nie ma znaczenia. To awantura o trzy metry łańcucha. 

Tagged

1 thought on ““Awantura o trzy metry łańcucha” – O „Piątce dla zwierząt” rozmawiamy z Piotrem Korpalem z Toruńskiego Towarzystwa Ochrony Praw Zwierząt

  1. Polska NIESTETY TO EIEKSZOSC PRZERAZAJACEJ DZICZY W STOSUNKUDO ZWIERZAT.MAFI KTORA BEZKARNIE ISTNIEJE BLOGOSLAWIONA PRZEZ ZDEGENEROWANY POLSKI KOSCIOL KATOLICKI.RADYSY,WOJTYSZKI ,SLAWETNA RODZINKA WOJCIKOW WSPIERANA PRZEZ RYDZYKA TEZ BEZKARNEGO W POLSCE.W POLSCE JEST MALO CYWILIZOWANYCH W STOSUNKU DO ZWIERZAT LUDZI,TO SA POKOLENIA BRAKU KULTURY,EMPATII,SADYSTYCZNYCH MORDOW NA OCZACH DZIECI I TAK TO PRZEZ LATA LECIALO.DLA PIENIEDZY WIEKSZOSC ZABIJALA BY I ZWIERZETA I LUDZI.Polacy mają już pieniądze w większości ale za to nie da się kupić ANI OSOBISTEJ KULTURY ANI CZLOWIECZENSTWA JAK DOM RODZINNY TEGO NIGDY NIE UCZUL,A w dorosłym życiu pieniad przesłanie wszystko.TERAZ MAJAC PIENIADZE SZLIFUJCIE SWOJE OSOBOWOSCI NANORMALNYCH LUDZI

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *