Import śmierci. Felieton Tomasza Sińczaka
Jeszcze kilka lat temu ustawodawca mógł zakładać, że pojęcie „wprowadzania do obrotu” oznacza dokładnie to, co zapisano w ustawie. Produkt trafia na rynek, przechodzi notyfikację, spełnia normy, państwo ma nad nim kontrolę. Prosta konstrukcja. Dziś wiemy, że była to konstrukcja, delikatnie mówiąc, życzeniowa…
Okazuje się bowiem, że znacząca część „płynów do papierosów elektronicznych” i jednorazowych urządzeń funkcjonuje poza systemem nadzoru. Bez zgłoszenia, bez badań, bez akcyzy. Czyli de facto poza systemem państwowym, a więc także poza jakąkolwiek realną gwarancją bezpieczeństwa dla konsumenta. Nie wiemy, co trafia do inhalacji. Konsument coraz częściej sięga po produkt, który żadnych norm nie spełnia. W praktyce oznacza to, że dokonuje wyboru bez wiedzy o rzeczywistym składzie i ryzyku, w warunkach pełnej informacyjnej asymetrii.
Czytaj także: Za zachowanie dzieci odpowiadają rodzice. Felieton Tomasza Sińczaka
Według raportu „The Irregular Market For E-Cigarettes In Europe”, opublikowanego przez Instytut Fraunhofera IIS w marcu 2026 r., struktura nielegalnego rynku w Polsce: 13% to drobny import konsumencki (szara strefa), 87% to zorganizowany czarny rynek prowadzony przez komercyjne kanały dystrybucji.
Nie jest to już spór o regulację rynku, lecz o realne bezpieczeństwo konsumenta i sens całego systemu, który ma to bezpieczeństwo gwarantować. Jeśli część produktów podlega kontroli, a część funkcjonuje poza nią, to ochrona zdrowia staje się iluzją.
Im bardziej będziemy udawać, że system działa, tym bardziej będzie on fikcją. Dlatego Polska potrzebuje nowoczesnej instytucji zajmującej się badaniem i nadzorem produktów do inhalacji produktów tytoniowych pochodzących zarówno z UE, jak i spoza UE.


