Jan Komasa: Jesteśmy obywatelami świata, ale z polską wrażliwością [ROZMOWA]
Jan Komasa nie boi się wychodzić poza schematy. Pokazywany na festiwalach w Toronto, Londynie, Rzymie i Valladolid jego film „Dobry chłopiec” (ang. tytuł „Good Boy”) – określany jako thriller, czarna komedia i współczesna baśń – wzbudza sporo emocji, choć nie trafił jeszcze do światowej dystrybucji. Współproducentem obrazu jest wybitny aktor, reżyser i scenarzysta Jerzy Skolimowski.
Obaj twórcy spotkali się niedawno z publicznością w toruńskim Dworze Artusa. Po spotkaniu Jan Komasa opowiedział nam o pracy nad filmem i jak widzi dziś swoją pozycję w światowym kinie.
Nieprzypadkowo wasze spotkanie odbyło się w Toruniu. Czuje się tu pan prawie jak u siebie?
Toruń jest bliski mojemu sercu od dawna. Mój tato pracował w Teatrze Horzycy, też reżyserował. Mam tu wielu przyjaciół. Piotrek Głowacki, aktor, który stąd pochodzi, zagrał główną rolę w moim debiutanckim filmie „Oda do radości”. To była moja pierwsza, prawdziwa praca filmowa, aktorska, pozaszkolna. Kiedy się dowiedziałem, że Fundusz Filmowy Kujawy Pomorze będzie współfinansował „Good Boya”, to tylko się ucieszyłem. Pomyślałem sobie: wow! Byłoby fantastycznie, żeby ta praca trwała dalej w moich następnych filmach i projektach.
Jaki przekaz jest dla pana najważniejszy w „Good Boyu”?
Dla mnie jest trochę o kondycji współczesnej kultury i społeczeństwa. To film dosyć uniwersalny. Opowiada o tym, jak bardzo wszyscy potrzebujemy uwagi, atencji. I trochę o tym, o czym mówiła Olga Tokarczuk w swojej mowie noblowskiej – o czułości. Robiąc ten film, myślałem o tym, co napisała, że nawet czasem za cenę czułości damy się zakuć w łańcuch.
Kto jest odbiorcą tego filmu? Mogą to być też rodzice i nastolatkowie?
Widownia „Good Boya” jest szeroka. Są to ludzie, którzy szukają kina oryginalnego, niepokornego i arthouse’owego. Ale myślę też, że i osoby szukające odpowiedzi na pytanie, jak sobie radzić ze współczesnym parentingiem oraz jak nawiązywać relacje, być z kimś. Kontekst wolności versus bycie w relacji – każda relacja to jest pozbawienie się kawałka wolności. Jak zaczynamy relację dzisiaj, to już nie mogę być tak wolny, jak byłem wczoraj. O tym jest ten film. Czy jesteśmy w stanie oddać tę wolność, o której tak ciągle wszyscy mówią, że tu są moje granice nieprzekraczalne, czy jesteś w stanie to oddać tylko dlatego, żeby być trochę bardziej z kimś innym w relacji.
Z Jerzym Skolimowskim wzbudziliście na spotkaniu w Toruniu duży apetyt na „Good Boya”. Kiedy film obejrzymy w Polsce?
Daty premiery jeszcze nie ma, ponieważ trwają pertraktacje z amerykańskimi dystrybutorami (jeden z nich nabył już prawa do filmu – przyp. red.). Dzisiaj amerykański dystrybutor musi być tym głównym – a mamy kilku zainteresowanych – i jeśli w końcu padnie sakramentalne „tak”, to wtedy ustala się datę. Wokół amerykańskiej premiery ustala się kontynentalne, czyli europejską i tak dalej, a w Europie polską, niemiecką i kolejne.
W przypadku „Good Boya” te klocki się układają i czekamy. My jesteśmy gotowi. Mamy bardzo dobrych dystrybutorów w Polsce, w Niemczech, we Włoszech, w Anglii, Irlandii – tacy od większego kina arthouse’owego, które ma szansę na komercyjny sukces. Skromny, ale jednak sukces. I oni to robią.
Pracuje pan za granicą. Jak wygląda praca na innych planach filmowych?
Tak się złożyło, że dwa ostatnie filmy zrobiłem w języku angielskim – jeden z Amerykanami, drugi z Brytyjczykami. To zupełnie odmienne kultury, więc i filmy, i doświadczenia są zupełnie inne.
To, co mnie najbardziej ekscytuje, to wyjście poza polską strefę komfortu. Reżyser i tak ma dużo wysiłku przy robieniu filmu, a dochodzi jeszcze potrzeba komunikacji na poziomie wrażliwości. Fantastycznie grało mi się z aktorami, szczególnie przy „Dobrym chłopcu”, bo oni są bardzo wyedukowani w polskiej kulturze – czytają nas, słuchają, oglądają.
Zależy mi na tym, żeby polska kultura była coraz bardziej obecna na świecie. Uważam, że i polska, i światowa kultura będą tylko lepsze, jeśli takich współprac będzie więcej, do czego zachęcam polskich producentów.
Dla mnie „trudniej” znaczy „bardziej ekscytująco”, co może dać niesamowite efekty. Lubię myśleć o kinie jako o sztuce bycia pionierem. Fajnie jest robić coś po raz pierwszy. „Anniversary”/„Rocznica” to pierwszy polsko-hollywoodzki film wymyślony przeze mnie tutaj, ale sfinansowany przez Hollywood. A „Dobry chłopiec” to film z przemieszaną wrażliwością Jerzego Skolimowskiego, moją i brytyjską. Coś, czego jeszcze nie było. Wszędzie tam, gdzie jesteśmy pierwsi, samo w sobie jest ekscytujące. To jak odkrywanie nowych terenów. Zubażamy się, jeśli chcemy tylko powtarzać to, co już było. Dobrze jest wychodzić poza schemat, szukać nowego. Nawet jeśli grozi to upadkiem, będzie to upadek szlachetny, bo wynikający z próby zrobienia czegoś, czego jeszcze nie było. I zawsze to doceniam w kinie, teatrze i każdej dziedzinie sztuki. Poza tym czuję się absolutnie dumny z bycia Polakiem, bycia stąd. Dlatego próbuję wcisnąć wszędzie w filmy muzykę Chopina albo inne polskie akcenty. Mega mnie to ekscytuje, żeby Polska była widziana i oglądana na całym świecie.
„Rocznica”, „Dobry chłopiec”, nominacja „Bożego Ciała” do Oscara. Czuje się pan reżyserem międzynarodowym?
Zawsze czułem, że Polska leci przez kosmos na tym samym kamieniu, co Stany. Jesteśmy na tej samej kuli ziemskiej. Nigdy nie odczuwałem zasadniczej różnicy, raczej pewną blokadę w naszych głowach i przekonanie, że nie jesteśmy tacy jak oni, że to coś złego. Czułem kompleksy, wynikające z historii, z tej wyboistej drogi, którą przeszliśmy, by dojść do Polski, jaką mamy dziś, i którą możemy się cieszyć. Tym, co robię, po prostu przywracam sobie moje miejsce i moją godność przy stole, przy którym, w co wierzę, zawsze siedzieliśmy, tylko nie chcieliśmy tego zauważyć. I to samo dzieje się w innych dziedzinach. Mamy Igę Świątek, która mówi językiem świata, mamy Roberta Lewandowskiego, mamy multum innych ludzi. Przed chwilą Polak był w kosmosie. My nie tyle byliśmy od zawsze „na świecie”, co świat to my.
Mam nadzieję, że będzie coraz więcej projektów, coraz więcej polskich reżyserów i reżyserek. Mówię tu o swoim filmowym kawałku chleba. Mam w sobie chęć robienia filmów za granicą. Im więcej, tym lepiej. Uważam, że jesteśmy obywatelami świata, ale z wyjątkową, polską wrażliwością. I to właśnie możemy światu dać.
Jest pan jeszcze pytany o wcześniejsze filmy – „Salę samobójców” czy „Miasto 44”?
Tak, szczególnie o „Salę samobójców”, która jakimś dziwnym trafem cały czas jest oglądana na świecie przez kolejne generacje młodych ludzi wchodzących w dorosłość. Ale też dzięki „Sali” zrobiłem „Anniversary”, czyli „Rocznicę”. Nick Wechsler, który jest producentem „Rocznicy”, poznał mnie właśnie przy okazji „Sali samobójców”. Zobaczył, spodobała mu się i powiedział, że chce poznać tego polskiego reżysera. To było w 2012 r. i od tamtej pory miałem z nim kontakt. Kiedy po nominacji „Bożego Ciała” moje nazwisko trochę wzrosło w tym środowisku, to przez chwilę ludzie chcieli ze mną rozmawiać. Nick był jednym z tych producentów, którzy powiedzieli: „Ja cię znam, od dawna śledzę i widzę twoje filmy, wiem, co robisz, więc weźmy twój projekt i teraz go stwórzmy”. I tak powstała „Rocznica”.
Dlatego absolutnie każda rzecz, którą robimy w kulturze, ma znaczenie. Nigdy nie wiemy, kiedy może się przydać jakieś doświadczenie z przeszłości po to, żeby zrobić coś dzisiaj.
Spotkanie w Centrum Kultury Dwór Artusa: Jan Komasa, Jerzy Skolimowski, prowadzenie Jarosław Jaworski:

fot. MW-R



BellaTOFIFEST to niepokorne kino i nazwiska. Wśród nich Kinski i Linda
27 czerwca 2026 @ 10:57
[…] Jan Komasa: Jesteśmy obywatelami świata, ale z polską wrażliwością [ROZMOWA] […]