Joanna Brodzik i Marika Krajniewska: Każdy bywa bestią [ROZMOWA]
Joanna Brodzik, aktorka telewizyjna, filmowa i teatralna oraz Marika Krajniewska, pisarka, reżyserka, promująca rozwój czytelnictwa i młodych talentów – opowiadają o wspólnym pisaniu, potrzebie sięgania po trudne tematy, hip-hopowym projekcie i swoich związkach z Toruniem. To rozmowa o współpracy, zmianach i przekraczaniu własnych granic.
Od premiery książki „Kalejdoskopy. Ból” minęło kilka miesięcy i wiele spotkań z czytelnikami. To kryminał czy baśń? Jaki jest jej odbiór?
Joanna Brodzik: Gatunek, który uprawiamy w „Kalejdoskopach”, nazywamy literaturą piękną i bardzo mądrą. Może to zabrzmi nieskromnie, ale jesteśmy już umocnione feedbackiem od czytelników, że to, co powstało z naszej wspólnej wrażliwości, ma wysoką jakość artystyczną i dużą wartość literacką, a przy tym działa na emocje. Dla mnie istotne w reakcjach, co widzimy zresztą na spotkaniach, jest to, jak mocno na książkę reagują mężczyźni, którzy rzadziej sięgają po taką literaturę.
Marika Krajniewska: Każdy odbierze tę książkę po swojemu – inaczej niż sąsiad, córka, matka czy ktoś obcy. Odbiór literatury zawsze filtrujemy przez własne doświadczenia, progi, które już przekroczyliśmy albo za którymi się jeszcze skrywamy. Dla mnie ważne jest to, by czytelnik intuicyjnie wybrał z tej książki to, co w nim rezonuje tu i teraz: „Czy lubię daną postać, czy jej nie znoszę? Czy jest dla mnie odrażająca i dlaczego? Czuję ulgę, a może jest mi źle?”. To taka nić, po której można dojść do własnego kłębka emocji i uczuć, czasem bardzo poszarpanego.
JB: „Kalejdoskopy” są portalem do spotkania z samym sobą, literackim narzędziem, które ma zaprosić czytelników w podróż do siebie.
Podkreślacie, że każdy z nas bywa bestią. Z drugiej strony wasi bohaterowie przełamują stereotypy, choć mamy tam na przykład Bestię i Wilka. Czy potrafimy wyjść poza schematy?
MK: Możemy, ale trzeba nad tym pracować. Mam wrażenie, że wciąż uciekamy, goniąc za czymś innym. Uciekamy przed sobą. A kiedy otwieramy się na siebie, siłą rzeczy otwieramy się na innych. Ale to wymaga odwagi.
JB: Odwagi i gotowości na wyjście ze strefy komfortu. Wiele osób pyta, czy w ogóle warto, kiedy nic mi nie brakuje? A my odpowiadamy: nie dowiesz się, jeśli nie spróbujesz. A kiedy już wyruszysz – możesz trafić do domu Baby Jagi, do ciemnego lasu, do bagna. Łatwo nie będzie. Ale w domu Baby Jagi może się okazać, że ona jest świetna i można się od niej bardzo dużo nauczyć.
Skoro jesteśmy przy bagnie – wraz z Postęp Grupą stworzyłyście hip-hopowy klip o takim tytule. Jak do tego doszło?
JB: Tak naprawdę wszystko zaczęło się w studiu, podczas nagrań audiobooka, gdzie dźwiękowcem był Dominik „Rzeźnik” Łuniewski, muzyk z Postęp Grupy. Wyszło na jaw, że chłopaki pracują nad numerem, który przypadkowo nosił ten sam tytuł co jeden z naszych rozdziałów. To było niespodziewane spotkanie dwóch światów, które nagle idealnie do siebie pasują. I z tej zbieżności narodził się wspólny projekt.
Kiedy pierwszy raz posłuchałyśmy tego utworu, spojrzałyśmy na siebie i – co tu dużo mówić – popłakałyśmy się. Spotkanie akurat tych chłopaków, w tym momencie życia, w tym konkretnym studiu pozwoliło nam wspólnie poczuć, w jakim miejscu są dziś mężczyźni, chłopcy i jak bardzo potrzebują platformy do dialogu. Teledysk, audiobook i książka – wszystkie te formy stały się właśnie taką przestrzenią.
Początkowo bohaterkami „Bólu” miały być kobiety, ale ustąpiły miejsca mężczyznom. Drugi tom – „Żądza” – wraca do kobiet. Co to oznacza?
JB: W „Żądzy” perspektywę tworzą Królowa Śniegu i Czerwone Trzewiczki, czyli dwie odsłony kobiecego uzależnienia. Królowa Śniegu, która znalazła się też w pierwszej części, jest kontrkandydatką naszego Wilka na wysoki urząd w państwie, a jednocześnie kobietą ukrywającą alkoholizm. Karen, czyli Czerwone Trzewiczki, to dziewczyna, która nocami bierze odwet na mężczyznach z powodu swojej niezasypywalnej dziury po porzuceniu przez ojca, pracując jako domina.
Ile „Kalejdoskopów” planujecie?
JB: Cztery, choć niewykluczone, że powstanie też piąty. Trzeci – „Cień” – będzie perspektywą dwóch osób więzionych, krzywdzonych i współuzależnionych ze swoimi bliskimi, czyli ojca Śnieżki oraz Kaja, syna Królowej Śniegu. Tom czwarty to dwa silne stereotypy: król i królowa, czarnoksiężnik i wiedźma. Trzykrotnie będziemy obracać kalejdoskop boleśnie, wwiercając go w różne miejsca świadomości. A czwarte przekręcenie będzie śrubą domykającą. W stomatologii to się nazywa „śruba gojąca”.
MK: A tytułem czwartego tomu będzie „Miłość”.
Dla wielu osób Joanna Brodzik ma twarz Magdy M., Kasi czy też Małgosi z „Domu nad rozlewiskiem”. Skąd więc wzięło się pisanie i poruszanie tak trudnych tematów?
JB: Kryzys. Moment, w którym każdy z nas ma szansę zmienić wszystko, co da się zmienić i pogodzić się z tym, czego zmienić się nie da. Kilka lat temu przebudowywałam swoje życie na wielu płaszczyznach i pomiędzy różnymi „sprawdzam” zadawałam sobie pytania: Czy chcę konsumować stereotypy, które funkcjonują na mój temat w zbiorowej wyobraźni? Czy chcę zostać w szufladkach „Magda”, „Kasia”, „Małgosia” i nie szukać dla siebie nowego obszaru? Czy może chcę wyruszyć w podróż, która doprowadziła mnie do tego, że dziś tu siedzę, a ty nie pytasz mnie o długość grzywki i grochy, tylko o moją ciemną stronę. I to jest największy skarb tej podróży w czasie kryzysu, żeby móc otwarcie powiedzieć drugiemu człowiekowi: „ja też bywam bestią”.
Ale i tak zapytam o Toruń, rolę Jagiętki w komedii absurdu „1409. Afera na zamku Bartenstein” i wspomnienia z tamtego czasu.
JB: To było wspaniałe lato z mojego zawodowego też życia, w którym wszystko jeszcze było możliwe. Wspaniała przygoda w Toruniu i okolicach, polegająca na nakręceniu tego niskobudżetowego filmu, który po latach okazał się kultowy i wciąż jest przedmiotem kolejnych viralowych eskapad w internecie. Tak, fajnie było. Nic więcej nie mogę powiedzieć bez obecności adwokatów (śmiech).
Natomiast dla Mariki Toruń stał się na wiele lat życiowym przystankiem.
MK: To miasto, które mnie zaadoptowało po moim przyjeździe z Petersburga z rodzicami. Lubię tak o tym mówić. Miałam wtedy 12 lat. I dało mi przestrzeń do tego, żeby odnaleźć siebie w nowej rzeczywistości, z której sobie nie zdawałam w ogóle sprawy. Przy wyjeździe z Petersburga na peronie dworca żegnali nas znajomi, babcia – wszyscy. I ja byłam taka dumna, że wyruszam w podróż! Okazało się, że wyruszyłam w tę podróż w jedną stronę, a dla rodziców to jest nowe miejsce na życie. Toruń był dla mnie bardzo tolerancyjny, choć uprzedzano nas, że mogę mieć ciężko w szkole. Ale miałam mądrych pedagogów, którzy nie dali mi tego odczuć. Więc Toruń jest dla mnie bardzo przytulnym miastem, które mnie tak zagarnęło, przytuliło i powiedziało: „dobrze dziewczynko, rób co chcesz, a ja będę patrzeć i cię wspierać”.
Dla kogo są „Kalejdoskopy”?
JB: Dla wszystkich. Już pierwszy tom budowałyśmy tak, by obejmował szerokie spektrum pokoleń – mamy chłopaka dopiero wchodzącego w dorosłość i drugiego bohatera bardzo dojrzałego. Jednym z naszych poziomów komunikacji jest międzypokoleniowość i postawienie znaku równości między nami wszystkimi, niezależnie od wieku czy życiowego doświadczenia.
I uwolnienie się od krzywdzących stereotypów?
JB: Bardzo byśmy sobie tego życzyły – także dla naszych dzieci.
Spotkanie z Joanną Brodzik i Mariką Krajniewską odbyło się podczas Toruńskiego Festiwalu Książki.




