Mirosław Baka: Konsekwentnie iść swoją drogą [ROZMOWA]
Mirosław Baka – aktor z zasadami. Bez medialnego szumu, za to z imponującym dorobkiem scenicznym i filmowym. w lipcu, podczas 23. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego BellaTOFIFEST w Toruniu odebrał nagrodę Złotego Anioła za niepokorność twórczą.
Mirosław Baka obchodzi w tym roku 40-lecie pracy artystycznej. Związany z Teatrem Wybrzeże w Gdańsku, gdzie grał i Hamleta, i Fausta. Na dużym ekranie zadebiutował mocną rolą Jacka Łazara w „Krótkim filmie o zabijaniu” Krzysztofa Kieślowskiego. Był Piłsudskim i Boryną. Grał u Wajdy, Pasikowskiego, ale i w serialach. Rozmawiamy z artystą, którego próżno szukać na plotkarskich portalach, za to przyciąga uwagę tych, którzy cenią prawdziwe aktorstwo.
Nagroda przyznawana jest twórcom, którzy udowodnili swoją działalnością, że mają w sobie niepokorność i bunt. Uznaje się pan za niepokornego?
W szkole teatralnej profesorowie wmawiali nam, że aktorstwo wymaga pokory. Jest w tym dużo racji, bo pracujemy zazwyczaj zespołowo. Mamy reżysera, z którego koncepcją musimy się poukładać, a to wymaga pewnej dozy pokory. Z pokorą trzeba też podejść do krytyki, ale tej konstruktywnej, żeby się czegoś nauczyć, doskonalić i wiedzieć, gdzie popełniłem błąd.
Natomiast niepokorność twórcza to jest coś, o czym Frank Sinatra śpiewa w „My Way” – że przez życie czy zawód trzeba konsekwentnie iść swoją drogą. Nie można być chorągiewką, która fruwa w różne strony na wietrze, bo wtedy aktor gubi swoją osobowość. Tkwi w tym paradoks, bo gramy różne postacie i te osobowości są zmienne. Ale najlepiej to prześledzić na podstawie castingu do filmu czy obsady w teatrze, że taką rolę ktoś proponuje akurat mnie, bo wie, co ja, Mirosław Baka, mam do zaoferowania. Gdyby tak nie było, to brałoby się pierwszego z brzegu aktora i sterowało jak marionetką. To jest pewnie ta niepokorność, której trzeba pilnować przez całe życie, żeby nie sprzeniewierzać się sobie samemu, swojemu rozumieniu aktorstwa.
Na zdjęciach próbnych do „Krótkiego filmu o zabijaniu” opowiedział pan Kieślowskiemu swoją skomplikowaną sytuację rodzinną. Wspomniał pan o tym na festiwalowym spotkaniu.
To był człowiek, który doskonale umiał obserwować ludzi, co widać w jego filmach dokumentalnych. Jak potrafił uważnie patrzeć na człowieka i wyciągnąć to, co istotne. Nasza rozmowa na zdjęciach próbnych też na tym polegała. Umiał we właściwy sposób zadać właściwe pytania. Dopiero później uświadomiłem sobie, że powiedziałem mu tyle rzeczy o sobie, których nikomu nigdy nie mówiłem. I wcale nie czułem się rozebrany do naga i ustawiony pod pręgierzem. Nie. Myślę, że dobrze się stało, bo poskutkowało propozycją ważnej roli.
Jak w takim razie rola Jacka Łazara ukształtowała pana jako aktora?
Sądzę, że to nie rola mnie ukształtowała, tylko praca z Kieślowskim. Każdy fragment rozmowy, każde moje pytanie, każda jego uwaga i wszystko, co się działo w relacji Krzysiek – Mirek, a nie to, że zagrałem akurat mordercę. Ten wektor między reżyserem a aktorem jest bardzo ważny. Natomiast z rolą jest tak, że jak się pracuje nad wspaniałym, bogatym tekstem, to aktor czegoś się uczy. Jak z czytaniem dobrej książki – czegoś uczymy się o sobie, o życiu i tak samo jest z graniem ról, ze scenariuszami czy ze sztukami teatralnymi.
Po tym filmie wprowadzono moratorium kary śmierci. Taka była jego siła.
Może nie mam racji, ale wcale nie jestem pewien, czy było to zamiarem Krzysztofów – Kieślowskiego i Piesiewicza. To był głos w dyskusji. Natomiast to, że ta dyskusja tak się wtedy potoczyła, że ten głos był bardzo ważny i doprowadził do zniesienia kary śmierci, tak się zdarzyło. Ale dzisiaj nie ma problemu kary śmierci, a film jest z równą ciekawością oglądany przez młodych ludzi. Ważne jest więc, by dobrze opowiedzieć historię.
W filmie „Nad rzeką, której nie ma” mówi pan do jednego z bohaterów „Admirale, a czy tobie czasem nie odpłynął jakiś okręt?”. Czuje pan, że zawodowo coś się nie spełniło, jakaś rola odpłynęła?
Odpowiem pani jednym zdaniem: niczego nie żałuję. Nie ma takiej rzeczy. Nie ma odrzuconej roli, której żałuję, że nie zagrałem. Nie ma rzeczy, którą zrobiłem, a powinienem nie robić. Wszystkie zwycięstwa i porażki w równym stopniu uczą nas czegoś, jeśli wyciąga się z tego wnioski. Są nauką. Wszystko więc w zgodzie ze sobą.
Aktor powinien być po szkole filmowej, czy nie ma to już większego znaczenia?
Mamy szereg dowodów, że są ludzie niezwykle uzdolnieni, zwłaszcza w filmie. Kiedyś taką granicą był teatr. Chodzi o techniczne rzeczy, których uczy się w szkole teatralnej, na przykład impostacja głosu. Ale w większości teatrów nastała moda na mikroporty, więc już i ta bariera została zburzona. Chociaż teatr jednak bardziej weryfikuje zawód aktorski, bo w filmie, jak coś się schrzani, mówiąc kolokwialnie, to można dubel powtórzyć. Natomiast w teatrze powtórzyć można dopiero kolejnego wieczora, a teraz przepadło. Aktorstwo, wśród wielu definicji, które można by na ten temat tworzyć, jest sztuką prawdziwego powtarzania emocji, a nie tekstów. Ludzie mówią „jak wy się tyle tego tekstu uczycie”, a tekst jest chyba najłatwiejszą rzeczą w tym wszystkim. Powtarzanie emocji przed widzem dla naturszczyków stanowi pewną barierę. Jeśli jest na scenie nieprawda, to widz przestaje słuchać, przestaje być uważny, wszystko się rozsypuje. Tam egzamin zdaje się każdego wieczora i w każdym momencie grania.
Pewnie trudno wybrać jedną rolę, ale ma pan chociaż trójkę bohaterów, z którymi się pan dobrze czuł, grając?
Nawet trójki pani nie powiem, dlatego, że skrzywdziłbym inne moje role. Wszystkie, które zagrałem – dobre czy złe – wszystkie są moimi dzieciakami i wszystkie kocham.
Jak podoba się panu Toruń i festiwal?
Super, jest kapitalna atmosfera. Toruń uwielbiam za każdym razem, gdy zdarzy mi się tutaj grać w CKK Jordanki. Mówi się, że to miasto jest jak mały Kraków. Ale Toruń ma tę cudowną przewagę nad Krakowem, że nie ma tłumu angielskich turystów pijących piwo. To jest strasznie sympatyczne miasto, takie ujutne (przytulne). Starówka i bulwar nad Wisłą – mógłbym tutaj w kółko spacerować. Sam festiwal jest okazją do spotkania starych przyjaciół, jeśli się z kimś dawno filmu nie robiło. I nagle widzę Grażynę Szapołowską, Joasię Szczepkowską, Zbyszka Zamachowskiego, jest Piwowarski. A potem poznaje się nowych, fajnych i ciekawych ludzi. Tak więc wszystko mi się tutaj podoba i żałuję, że już niedługo będę stąd wyjeżdżał.



Dyrektor festiwal Camerimage sprzedaje grunt Davida Lyncha
21 lipca 2025 @ 12:14
[…] Czytaj także: Mirosław Baka: Konsekwentnie iść swoją drogą [ROZMOWA] […]