Robert Małecki: Dziesięć lat w kryminale [ROZMOWA]
Robert Małecki od dziesięciu lat konsekwentnie buduje swoją pozycję w polskim kryminale. Autor nagradzanych powieści i współtwórca festiwalu Gwiazdozbiór Kryminalny Kujawy i Pomorze. Rozmawiamy o kulisach pracy, rynku czytelniczym i o tym, co dziś znaczy być zawodowym pisarzem.
Mija dekada od twojego debiutu. Czas na podsumowania?
– Oficjalnie 10 lat minie we wrześniu. To jest też znacząca część 25-lecia współczesnego polskiego kryminału, który otworzył Marek Krajewski. Widzę, jak zmienia się rynek i czytelnictwo. Gdy zaczynałem w 2016 roku, rocznie ukazywało się najwyżej sto kilkadziesiąt kryminałów. W ubiegłym roku było już ponad 600. To jest jakiś kosmos! Przepotężna konkurencja wydawniczo-autorska. Poza tym czytelnicy cały czas poszukują czegoś nowego, szybko się nudzą. Rynek bardzo się zmienia.
Ale Robert Małecki jest zawodowcem.
– To jest dla mnie bardzo komfortowa sytuacja, bo wiele moich koleżanek i kolegów nie może sobie pozwolić, żeby utrzymać się tylko z pisania. A dla mnie to było marzeniem, więc ogromnie się cieszę, że udało się je spełnić. Po pierwsze – że udało się powieści wydawać regularnie i że mam znakomitych wydawców: wcześniej Wydawnictwo Poznańskie, teraz Wydawnictwo Literackie. Po drugie – lubię o tym mówić, że naprawdę mam pracę marzeń.
Który etap pracy lubisz najbardziej?
– W pisaniu liczy się – no właśnie – pisanie. Wiem, to truizm, ale każdego dnia trzeba usiąść do pisania powieści. A poza tym ta praca wymaga także tworzenia atrakcyjnych treści do mediów społecznościowymi, spotkań z czytelnikami, które bardzo lubię, aktywności na festiwalach, targach książki, udzielania wywiadów, bywania w podcastach. Chyba jednak najbardziej kocham to, co jest sednem tej roboty, czyli samo pisanie. I umówmy się, ono wcale nie jest lekkie, łatwe i przyjemne. Bywam w zwarciu z tekstem, czasem nie wiem, jak coś napisać, często to, co napiszę mi się nie podoba. Już nie chodzi o wewnętrznego krytyka – ten etap przychodzi później – ale w samym procesie pisania bardzo trudno dojść ze sobą do porozumienia, jak konkretna scena ma wyglądać na papierze.
Masz dystans emocjonalny do swoich powieści?
– Muszę podejść na zimno. Gdybym płakał nad losem moich bohaterów, nie osiągnąłbym tego, co chcę osiągnąć. Czyli nie wykorzystałbym takich środków wyrazu, żeby czytelnik się wzruszył, przestraszył, uśmiechnął. Problemem zawsze jest stworzenie takiej sceny, w której te emocje wybrzmią. Marek Krajewski zapytany o to, o czym myśli, gdy tworzy dramatyczne sceny zbrodni, odpowiada, że o przecinkach. Czy postawił je we właściwym miejscu. I ta odpowiedź pięknie obrazuje tę kwestię. My, pisarze, jesteśmy od zarządzania ludzkimi emocjami. Chcemy, żeby dana scena zapadła im w pamięć. Dlatego sami nie możemy przy pisaniu ulegać emocjom.
Własny ulubiony bohater?
– Komisarz Bernard Gross. Bohater, który wyniósł moje pisanie na wyższy poziom. Chciałem pisać jak najlepsi autorzy skandynawscy. Nie twierdzę, że tak umiem, cały czas się uczę, ale to był kierunek. Gross jest postacią, która się udała, weszła w krwiobieg czytelniczy. I te wszystkie wydarzenia wokół niego: „Spacery śladami komisarza Bernarda Grossa” przyciągają ludzi z całej Polski – jest to inicjatywa Darka Łubkowskiego, a w czerwcu odbędzie się po raz pierwszy zlot „Grossowisko”. Nie spodziewałem się tego. To niezwykłe, że te powieści zachęcają do tego, by przyjechać i zobaczyć piękną Chełmżę.
Czytelnicy „stąd” lubią szukać znanych miejsc w twoich kryminałach.
– Kiedy zaczynałem pisać moją pierwszą trylogię o Marku Benerze, wiedziałem, że będę w niej opowiadał o Toruniu. Potem zastanawiałem się, gdzie „upchnąć” Grossa i chciałem, żeby to było gdzieś obok Torunia, który w tych historiach zawsze się przewija. Później pojawili się komisarz Maria Herman i Olgierd Borewicz, policjanci z bydgoskiego Archiwum X. I pomyślałem sobie, że fajnie byłoby dalej eksplorować Kujawsko-Pomorskie. Na pewno literacko nie chcę się stąd ruszać. Nie napiszę powieści z Warszawą czy Krakowem w tle, bo po prostu nie znam tych miast. Skoro tutaj żyję, to dobrze jest przedstawiać te miejsca moim czytelnikom z Polski, żeby przyjeżdżali i zobaczyli, jak wygląda Toruń, Bydgoszcz, Chełmża, Grudziądz i inne miejsca w regionie.
To prawda, że wszędzie wypytujesz o Borewicza?
– (śmiech) Zdarza mi na spotkaniach autorskich pytać, czy są na sali policjantki i policjanci, którzy znają jakiegoś Borewicza w swoich komendach. Do tej pory żadnego nie znalazłem. Ale kiedy myślę o tym, ilu policjantów służy w polskich komisariatach i komendach, to wydaje mi się niemożliwe, żeby chociaż jednego Borewicza wśród nich nie było.

Pisanie kryminałów wymaga wiedzy. Jej zdobywanie wciąż fascynuje?
– Jestem otwarty na poszukiwanie takich fragmentów z różnych dziedzin kryminalistyki, które mogą stać się kanwą powieści. Tak było przy „Skrzepie”. Ta książka by nie powstała, gdyby nie optometrysta Maciej Karczewski, który opowiedział mi o pewnej wadzie wzroku. Ale też pokazuję czytelnikowi, że kryminalistyka nie wygląda jak w filmach, że ktoś przyjdzie, pogrzebie długopisem w kieszeniach denata na miejscu zbrodni, wrzuci odbitki linii papilarnych do systemu i po pięciu minutach wie, gdzie mieszka sprawca i jaki ma numer telefonu. To tak nie działa. Mam też w planach, o czym rozmawiałem niedawno z dr. Andrzejem Wolanem z UMK, żeby w moich opowieściach dotknąć chemii kryminalistycznej. W jednej z książek będzie o tym niewielki wątek. Ale chciałbym kiedyś oprzeć na tym całą fabułę.
Doceniasz, że powstaje serial na podstawie „Zmory”?
– Bardzo się cieszę. Oczywiście ekranizacja dzisiaj to nie to samo, co w czasach ekranizacji powieści Zygmunta Miłoszewskiego. Teraz producenci skupiają się głównie na serialach, których jest bardzo dużo. Ale nie ukrywam, że mam ogromną satysfakcję i radość, że ktoś wziął ten tekst i uznał, że się nadaje na opowieść filmową.
Dzięki tobie po raz pierwszy Polskę odwiedza Ian Rankin, gość tegorocznego festiwalu Gwiazdozbiór Kryminalny Pomorze i Kujawy.
– Danetta Ryszkowska-Mirowska, dyrektorka Książnicy Kopernikańskiej, miała kontakt z osobami z Edynburga i powiedziała mi kiedyś, żebyśmy zaprosili Iana. W zeszłym roku poleciałem do Szkocji i miałem tę ogromną radość, że spotkałem Iana Rankina, który przyjął nasze festiwalowe zaproszenie do Polski. Jednak problem jest inny – w Polsce spada zainteresowanie zagranicznymi autorami i ich twórczością. A przecież takie nazwiska jak Johan Theorin, Åsa Larsson, Ian Rankin czy Arnaldur Indriðason to absolutna czołówka światowego kryminału. Dlatego na festiwalu chcemy przypominać czytelnikom o prawdziwych mistrzach tego gatunku.
Czytaj też: Gwiazdozbiór Kryminalny w Toruniu. Literatura, śledztwo i prawdziwe historie
O czym będą twoje tegoroczne premiery?
– W czerwcu pojawi się stand alone o 1993 roku w Toruniu. Czasy, kiedy rozwijała się przestępczość zorganizowana. Policjanci, mafia, współpraca – coś o czym wcześniej nie pisałem. Natomiast jesienią wracam do Marii Herman i Olgierda Borewicza.
Co najbardziej lubisz czytać?
– Nadal kocham powieść kryminalną. Szukam w niej czegoś, co pokaże, jak mi daleko do najlepszych. Teraz czytam „Króla popiołów” S.A. Cosby’ego. Gatunkowo rzecz na topie, świetna językowo, w znakomitym przekładzie Jana Kraśki. Zawodowo moje zainteresowania czytelnicze oscylują wokół kryminału. Ale i literatura piękna jest tym miejscem, w którym szukam języka, sposobu narracji i opisu emocji.
Jesteś patronem „Biegu z książką” na UMK.
– W maju biegniemy 5 km z kryminałem. Na pewno nie będę biegł ze swoją powieścią, bo to byłby wstyd (śmiech). Dostałem koszulkę uczestnika, więc muszę się zorganizować i pobiec, a to oznacza, że czas rozpocząć intensywne treningi. Po biegu zapowiedziano piknik, podczas którego odbędzie się moje spotkanie autorskie. Bardzo się cieszę na taki powrót na moją Alma Mater.
Niedługo potem, bo w połowie czerwca, odbędzie się w Chełmży wspomniane „Grossowisko”. Możesz nam zdradzić więcej szczegółów?
– To będzie niezwykłe wydarzenie, które zrodziło się ze spacerów śladami komisarza, które organizował w Chełmży mój serdeczny kolega Darek Łubkowski. Spacery cieszyły się coraz większą frekwencją. Chętnych stale przybywało. Uznaliśmy, że to dobry moment, żeby stworzyć dla nich dłuższe wydarzenie. Tak powstała idea zlotu. Dlatego pozwól mi podziękować Pawłowi Polikowskiemu, burmistrzowi Chełmży, który przyklasnął tej koncepcji i pomimo licznych obowiązków, czynnie angażuje się w tworzenie 1. Zlotu Fanów komisarza Bernarda Grossa. Projekt uzyskał dofinansowanie z Samorządu Województwa Kujawsko-Pomorskiego, a partnerem wydarzenia zostało Starostwo Powiatowe. Przygotowaliśmy atrakcyjne pakiety zlotowe i bogaty program. Polecam udział w warsztatach modelarskich, bo przecież Gross jest znakomitym modelarzem. Odbędą się również warsztaty kryminalistyczne, będzie tradycyjny spacer śladami Grossa, zwiedzanie zabytków Chełmży, a także kino plenerowe, śniadanie na plaży oraz wykład o owadach w służbie kryminalistyki, który wygłosi dr Paweł Leśniewski z katedry kryminalistyki ANS w Pile. Na spotkanie z uczestnikami zlotu przyjedzie też Michał Fajbusiewicz, znany wszystkim dziennikarz prowadzący swego czasu Magazyn Kryminalny 997. Będzie ogień!
Czytaj też: „Kiedy następny Gross?” – można dołączyć do pytania i spaceru



Rajd rowerowy śladami Heleny Grossówny w Toruniu
27 kwietnia 2026 @ 11:38
[…] Czytaj także: Robert Małecki: Dziesięć lat w kryminale [ROZMOWA] […]