Szczygieł: Reportaż to nie obieranie kartofli [WYWIAD]
O skojarzeniach z Toruniem, początkach w dziennikarstwie i wymarzonych tematach – z reporterem i autorem książek, Mariuszem Szczygłem, rozmawia Arkadiusz Włodarski
Zacznijmy od takiego lokalnego pytania: co się panu kojarzy z Toruniem?
Przede wszystkim uważam Toruń za jedno z najpiękniejszych miast w Polsce i zawsze je wymieniam w trójce najładniejszych moich zdaniem miast. Przy czym tu stawiam je na równi, a nie w hierarchii. Toruń, Bielsko-Biała i Przemyśl. Gdy znajomi z zagranicy pytają, dokąd pojechać i mówią, że może do Krakowa czy Gdańska, odpowiadam „a musicie jechać do tych wielkich miast?”. Proponuję wtedy właśnie te wymienione przeze mnie. Po pierwsze za urodę. Druga rzecz to miejsce, w którym teraz jesteśmy, czyli Centrum Sztuki Współczesnej, są tu wystawy na poziomie europejskim. Czuję się tutaj trochę jak w sanatorium. A trzecia to moje wspomnienie, gdy występowałem 11 lat temu pod najsłynniejszym portretem Kopernika w Ratuszu Staromiejskim. Mam więc same dobre skojarzenia.
Czytaj także: Chudzińska: Prawa ucznia to prawa człowieka [WYWIAD]
Dlaczego został pan reporterem? I przy okazji – którą formę pan woli: reporter czy reportażysta?
Reporter, bo reportażysta kojarzy mi się z traktorzystą, poza tym jest to sztuczne słowo, które miało dowartościować autorów reportaży literackich. Ja wolę słowo „reporter”, jest ono bliższe mojemu duchowi. Natomiast zacząłem pisać, bo najpierw zorientowałem się, że umiem ładnie pisać. Nie w sensie takim, że ładnie stawiam literki, ale że wychodziły mi zdania. Wypracowania szkolne nie sprawiały mi trudności. Polonistka w podstawówce szybko się zorientowała, że ich pisanie jest dla mnie przyjemne i zadawała mi ich więcej niż innym uczniom. Było tego tak dużo, że zabrakło kratek na oceny. Potem pisałem wypracowania dla kolegów i koleżanek, czasami nawet za pieniądze. Zorientowałem się, że może to być mój zawód. A ponieważ jestem jedynakiem, którego mama niechętnie wypuszczała na podwórko, to zawsze byłem kimś, kto przygląda się światu, obserwuje kolegów. Ten zmysł obserwacji połączył się z talentem do pisania. Wpadłem na to chyba między 7 a 8 klasą. Nie wiedziałem wtedy nic o reportażu. W liceum wysyłałem listy do różnych redakcji. Do pisma „Radar” pisałem recenzje płyt, do „Anteny” recenzje programów telewizyjnych. Zobaczyć swoje imię i nazwisko w druku było wielką przyjemnością. Najbardziej mi przeszkadzał dopisek „Złotoryja”, czyli miasto, w którym żyłem, na Dolnym Śląsku, też ładne. Żeby pochwalić się kolegom tymi listami, wycinałem je z gazet a dodatkowo żyletką odcinałem słowo „Złotoryja” przy moim nazwisku, bo wtedy mi to umniejszało. Potem tygodnik harcerski „Na Przełaj” ogłosił casting na korespondentów. Tam wysłałem tekst „donos”, a dokładniej materiał krytyczny o stosunkach między samorządem szkolnym a dyrektorem mojego liceum. On uczył mnie matematyki i zawsze na pierwszy semestr stawiał dwóje. Ale już na koniec roku były tróje.
Gdy mówił pan o swoich początkach, przyszła mi do głowy taka myśl: teoretycznie młodzież teraz ma łatwiej, by się udzielać publicznie niż za pańskiej młodości, bo istnieje internet i media społecznościowe, ale czy pana zdaniem młody człowiek, który chciałby zacząć pracę w poważnej redakcji, ma łatwiej czy trudniej? Zważmy na to, że tytuły, które pan wymienił, są już na cmentarzu prasowym.
Z jednej strony wydaje się, że każdy może zaistnieć, bo wystarczy, że założy bloga, a jak masz ochotę coś powiedzieć światu innym sposobem, to możesz na przykład rapować. Kanałów jest więcej, ale jest też więcej redakcji w internecie. Nie mówię o prasie papierowej. Kłopot w tym, że może nie być łatwo, by na tym zarabiać. Wydaje mi się, że redakcje płacą stosunkowo mniej niż za moich młodych czasów. Oczywiście jeśli ktoś napisze np. 5 tekstów dziennie, to zarobi, ale czy spłaci za to kredyt? Mam wątpliwości. Poza tym jeśli ma tyle napisać, to co z jakością? Autor nie zbierze materiału, nie spotka się z ludźmi, a reportaż wynika z pewnego obcowania z ludźmi. To nie jest obieranie kartofli. Jestem szefem Fundacji Instytut Reportażu, mamy tam szkołę pisania i od razu mówimy kursantom, że bycie reporterem to miłość, ewentualnie pasja i obsesja, że musisz, ale trudno się z tego utrzymać. Najlepiej znajdź sobie dobrze zarabiającego partnera albo graj na giełdzie.
A czy obecny model konsumpcji mediów nie utrudnia sytuacji? Obecnie przeciętny odbiorca chce informacji szybkiej i najlepiej takiej, która trwa tyle co rolka na TikToku, nie zagłębia się więc w obszerne teksty.
To prawda, i takich jest większość. Ale są też redakcje, które z analizy wejść zorientowały się, że dłuższe teksty przyciągają część publiczności. Jest ona stała, chce tekstów reporterskich, więc się w to inwestuje. Wirtualna Polska ma dział reportażu. Zawsze mówię, że my, reporterzy i reporterki, jesteśmy popularni w wąskich kręgach. Mówi się, że reportaż polski ma dobrą passę, wychodzi tyle książek. Reportażu nie czytają wszyscy, ale moim zdaniem średnie wielkości miasto, jakieś 200-300 tysięcy ludzi, lubi reportaż. Mam podejrzenia, dlaczego. Są ludzie, którym news nie wystarcza do wyjaśniania świata. Bo on tylko pobudzi naszą uwagę, ale wiele nie da. Poinformuje, owszem, ale to często szczątkowe informacje. News nie objaśnia świata, robi to opowieść. Najlepiej, gdy my, jako odbiorcy, pomyślimy, że to jest o ludziach takich jak my. Pokazujemy na przykład losy jakiejś rodziny w odległej części świata, np. Afganistan albo Brazylia. Czytając taki reportaż, na chwilę – jeśli jest dobrze napisany – porzucamy nasze życie. Zaczytujemy się w tekście. Ile razy ktoś mówi, że się zaczytał tak, że się zupa przypaliła, albo zapomniało się do kogoś zadzwonić. Żyjemy życiem człowieka, o którym czytamy. Jeden z poetów egipskich powiedział, że jakiekolwiek słowo w jakimkolwiek zdaniu w jakiejkolwiek księdze sprawia, że świat już istnieje.
Na czym to dokładniej polega?
Dzięki reportażowi poznaliśmy jakiegoś człowieka. Możemy przez chwilę go zrozumieć, a tym samym rozumiemy kawałeczek świata. Kiedyś spotkałem w urzędzie skarbowym młodego człowieka, który mnie zagadnął i powiedział, że czyta tylko reportaże. Miał może 21-22 lata. Czytał teraz książkę Pawła Smoleńskiego „Oczy zasypane piaskiem”, o Palestyńczykach. Pytam go „Dobra jest?”. Bardzo dobra. A na czym to polega? Odpowiedział: mam wrażenie, jakby Smoleński był jednym z nich i tym samym, gdy to czytam, to jakbym ja też był jednym z Palestyńczków. To najlepsze, co usłyszałem na temat literatury faktu. Tego nie wymyśliłby żaden krytyk. Podpowiedziałem też temu chłopakowi, by sięgnął po „Izrael już nie frunie” tego samego autora, i dodał doświadczenia z obu reportaży. Jak widać, jest typ odbiorcy, którym czarno-biały model przedstawiania świata nie wystarczy. Trudno powiedzieć, jak długo tacy czytelnicy się ostaną.
Pozostając w tej tematyce, chciałbym krótko wspomnieć o jednym z pańskich tekstów, który przeczytałem w czerwcu 2013 roku i który do dziś pamiętam. Chodzi o reportaż „Śliczny i posłuszny”. Opowiada on historię kobiety, która zakatowała 6-latka, a po trzech dekadach od tej zbrodni pracowała jako nauczyciel. Był to wstrząsający materiał, pozostający w pamięci. Pan zapewne w swoim życiu przeczytał tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy tekstów. Jaki utkwił tak mocno w pańskiej świadomości?
To jest cała książka, ale w niej jest taki tekst, który tak na mnie podziałał, że po nim przestałem ją czytać. Był bodajże 1988 rok, kolega mi powiedział, że dostał od ojca nielegalnie wydaną książkę reporterki, która pisze smutne reportaże. Nazywa się Hanna Krall, a książka ma tytuł „Trudności ze wstawaniem”. Tam były króciutkie teksty wydane na powielaczu, tak że z lupą to trzeba było czytać. Pamiętam, że czytałem to w suterenie, którą wynajmowałem od pewnych starszych ludzi na Sadybie w Warszawie. Wtedy byłem studentem. Miałem tam tylko stół, krzesło i łóżko. Mogłem albo siedzieć przy stole, albo leżeć na łóżku. U Krall zawsze była mocna puenta, która dawała po głowie czytelnikowi. Dochodziłem do ostatniego zdania i miałem poczucie, jakby prąd przeze mnie przechodził. Szybko się zorientowałem, że to wspaniała książka, nie tylko przez treść, ale przez kompozycyjną formę puenty. Bałem się, że za szybko ją skończę, więc uznałem, że będę dawkował jeden tekst dziennie. Po dojściu do danej puenty tkwiłem unieruchomiony w łóżku. Jeden z tekstów miał tytuł „Ludzie może i nie są źli”. Opowiadał on o Annie Walentynowicz, od której zaczęły się strajki sierpniowe w Stoczni Gdańskiej w 1980 roku. W tej opowieści Walentynowicz mówi o swoim życiu, jako o paśmie ciosów. Pamiętam scenę, w której mówi o tym, jak służyła jako panienka u jakichś bogatych chłopów i nie mogła spędzić wigilii z nimi. Przeznaczyli jej miejsce z końmi w stajni. Potem jest o Wolnych Związkach Zawodowych w Stoczni Gdańskiej i szykanach z tym związanych, w tym o stanowisku, którego nie mogła opuszczać bez nadzoru, nawet do toalety. Do dziś pamiętam puentę wypowiedzianą przez nią. Na pytanie Hanny Krall, czy ludzie są dobrzy, Walentynowicz odpowiada „Ludzie może i nie są źli, tylko bardzo się boją”. To była jej interpretacja zła, z którym miała do czynienia. Ta lektura sprawiła, że jeszcze bardziej chciałem być reporterem. Czyli człowiekiem, który dowiaduje się od ludzi jaki jest sens życia. Jestem poszukiwaczem cudzych sensów.
Było to widać w jednej z pańskich nowszych książek „Projekt:prawda”. Czytałem ją, świetnie napisana. Tylko czy się przyznawać, że kupiłem używaną…
Nie, bardzo dobrze, niech książka żyje. Uwielbiam używane książki, a najbardziej takie pobazgrane. Mam koleżankę, która mówi „jak możesz pisać po książce?”. Odpowiadam jej wtedy, że książka musi żyć. Gdy widzę, że ktoś w danej książce coś podkreślał, myślę nie tylko o tym, co czytam, ale o tych podkreśleniach, dlaczego ktoś zaznaczył taki, a nie inny fragment. To praca intelektualno-psychologiczna. Wyobrażam sobie tego człowieka i porównuję go z sobą. Czy ja bym to też podkreślił, czy może coś innego. Czasami sobie myślę „a ja bym podkreślił piąte zdanie, bo ono jest ważne, a nie pierwsze”.
Czyli wiemy, że nie ma pan nic przeciwko kupowaniu używanych wydań pańskich reportaży, nawet jeśli już nie dostanie pan z nich zysku.
Ten zysk to jest trochę mityczny, ale ważne, że książki żyją. Wie pan, jaka to przyjemność, kiedy się okazuje, że zdanie, które napisaliśmy, żyje własnym życiem? Na przykład jako mem. Chyba po „Projekcie:prawda” wiele osób zaczęło powtarzać zdanie z pierwszej części: „Wszyscy jesteśmy dla siebie tylko etapami”. To był rodzaj pewnego pocieszenia mojej przyjaciółki, o której tam wspominam. To akceptacja przemijania. Może to prawda w stylu Coelho, ale ona żyje. Dostałem kilka rysunków z tym cytatem i nawet kolaż. To bardzo przyjemne. Pieniądze tutaj nie są podstawową kwestia.
Gdyby miał pan wybrać jeden wymarzony temat, nad którym mógłby się pan pochylić, mając do tego wszelką możliwą pomoc i środki, to co to by było?
Mam taki temat, ale nie da się go zrobić, bo bohaterka nie chce rozmawiać. W Stanach Zjednoczonych przez wiele lat mieszkała Czeszka, która była gwiazdą filmów porno. Po wypadku samochodowym straciła czucie w nogach i zaczęła jeździć na wózku. Wróciła do Czech, studiowała psychiatrię i została lekarką. Potem stała się ordynatorką oddziału. Ta historia wydała mi się niezwykle mocna do książki „Nie ma”, opowiadającej o życiu ze stratą. A w jej życiu tych strat jest sporo, a w dodatku zaczęła studiować ludzką psychikę. Wiedziałem, w jakim szpitalu pracuje i mogłem ją odwiedzić, ale nie jestem typem reportera, który wciska nogę w szparę w drzwiach i wchodzi oknem, gdy go wyrzucają za drzwi. Zawsze chcę dać ludziom szansę na odmowę. Zdobyłem jej adres domowy, a żeby się nie przeraziła słowa „reporter”, bo nie ma on dobrej passy, napisałem, że jestem pisarzem non-fiction. Załączyłem dwie moje książki, „Gottland” i „Zrób sobie raj”. Poprosiłem o odpowiedź niezależnie od tego, czy będzie chciała rozmawiać, czy nie. Niestety, nigdy się nie odezwała.
Natomiast jest jeszcze drugi temat, ale nie o człowieku, tylko o pewnym obszarze, nad którym pochylę się od stycznia, choć nie wiem, czy będę umiał. Ale może pomogą mi czytelnicy „Tylko Toruń”. Chciałbym napisać książkę o tym, jak ludzie rozmawiają z Bogiem. Chcę to napisać, bo jestem niewierzący, a uważam, że w pracy reportera najwspanialsze jest pisanie o tym, który nie jest mną. To najbardziej wzbogacające. Nigdy, nawet w najtrudniejszych sytuacjach, się nie modliłem. Trochę nawet zazdroszczę tym, który rozmawiają z Bogiem. Mam już trochę materiału, chciałbym więc napisać o tym, jak się modlimy, do kogo i o co. Nie chcę jednak takich typowo religijnych deklaracji. Chciałbym pokazać swoich bohaterów przez zdarzenia, które doprowadziły ich do modlitwy, tak aby to były opowieści o tym, co się im wydarzyło w życiu. Jedna z moich rozmówczyń twierdzi, że w ogóle o nic nie prosi Boga, więc jej modlitwa nie ma intencji. Wierzę, że są ludzie, dla których modlitwa to nie tylko rodzaj zaklęcia, ale sprawia, że pełniej żyją. Jeśli ktoś by chciał, także anonimowo, to bardzo proszę o kontakt choćby na Facebooku lub Instagramie. Można też napisać list: Księgarnia Wrzenie Świata, Gałczyńskiego 7, 00-362 Warszawa.



Wypadek na Szosie Okrężnej. Auto wpadło w poślizg
24 stycznia 2026 @ 13:58
[…] Czytaj także: Szczygieł: Reportaż to nie obieranie kartofli [WYWIAD] […]