Łazarewicz: Prawda jest zawsze najważniejsza
O wspomnieniach związanych z Toruniem i granicach dziennikarstwa – z Cezarym Łazarewiczem, dziennikarzem, autorem reportaży, rozmawia Arkadiusz Włodarski.
Zacznijmy może od czegoś lekkiego – z czym się kojarzy panu Toruń?
Wie pan, ja tu mam takie dość traumatyczne wspomnienie…
A miało być lekkie pytanie.
A tu proszę – wywołuje pan konsternację. Ale do rzeczy – miałem chyba 10 lat. W Szczecinku był Adam Giedrys, wybudował sobie obserwatorium astronomiczne. Pojechałem tam do swojego kolegi, który podróżował z Giedrysem po Polsce. Zabrali nas właśnie do Torunia. Była to moja pierwsza wizyta w tym mieście. Niestety spóźniłem się do autokaru. Pan Giedrys się bardzo na mnie wkurzył, bo oto nagle jakiś młody gość, którego pierwszy raz bierze na wycieczkę, spóźnia się. A dlaczego do tego doszło? Bo stałem w kolejce po toruńskie pierniki. Pamiętam, że były zapakowane w celofanie.
Czyli jednak ma pan bardziej oryginalne skojarzenia. Bo wielu ludziom Toruń kojarzy się z ojcem Rydzykiem. Czy pana ta postać kiedykolwiek interesowała z reporterskiego punktu widzenia?
Tak. Pojechaliśmy nawet żeby zwiedzić siedzibę radia. Towarzyszyłem osobie z Ukrainy, która chciała to zobaczyć, jednak nas nie wpuszczono. Fenomen ojca Rydzyka, który stworzył miasto w mieście, gdzie jego jurysdykcja sięga coraz dalej, nadal czeka na opisanie, podobnie jak rząd dusz, w który wliczali się także niedawni ministrowie, a nawet premier. Myślę, że ktoś to zrobi. Uważam także, że Toruń wiele ojcu dyrektorowi zawdzięcza. Gdyby nie on, to politycy w czasach pierwszego PiSu nie budowali tutaj drogi szybkiego ruchu, żeby sprawniej móc docierać do Radia Maryja.
Rok temu ukazała się pańska ostatnia jak dotąd książka „Na Szewskiej: sprawa Stanisława Pyjasa”. Czy podczas prac nad nią nie miał pan czasem takiego głosu z tyłu głowy, mówiącego „dobra, może już lepiej tej sprawy nie tykać, skoro minęło prawie 50 lat i wyrósł mit wobec Pyjasa. nie wywołujmy konfliktów”?
Nie, bo myślę że i tak prawda jest zawsze najważniejsza. Cenię sobie relację z ludźmi ze Studenckiego Komitetu Solidarności, ale i tak na pierwszym miejscu jest prawda. Wszyscy wiedzieli, że piszę o książkę o śmierci Pyjasa. W imię czego miałbym zrezygnować? Tego, że dowiedziałem się prawdy i nie chcę się nią podzielić? Doszedłem do wniosku, że znalazłem prawdę, przedstawiam ją, chcecie – czytajcie. Ja mogę to wszystko wyjaśnić, jeśli chcecie. Ale nie spotkałem się z tamtą stroną z taką chęcią. Być może dlatego, że jestem już po drugiej stronie. Napisałem o tym, mam swoje przekonanie, a ich nie jestem w stanie przekonać. Pojawiają się argumenty typu „nas dokumenty nie interesują, bo my to pamiętamy”. Tak, ale oni nie mieli pełnej wiedzy w ’77 roku.
Gdzie pańskim zdaniem leży granica? Czego nie powinien robić dziennikarz? Pytam o to w kontekście niedawnej zapowiedzi Krzysztofa Stanowskiego, który chce przeprowadzić wywiad z Januszem Walusiem. O nim i jego zbrodni też napisał pan reportaż „Nic osobistego”.
Różnica jest taka, że to ja byłem gospodarzem tej książki, a Janusz Waluś był tylko jednym z moich informatorów. To była moja książka, zaś wywiadu-rzeki bym z nim nie zrobił. Wtedy bylibyśmy partnerami, a głównym powodem, dla którego bym go do tego zaprosił, byłoby to, że Waluś zabił drugiego człowieka, bo nie zgadzał się z jego poglądami. Stanowski wspomniał o mnie w jednym ze swoich wpisów, stwierdzając, że „dziennikarz Gazety Wyborczej robił z Walusiem wywiad”. Owszem, nawet kilka, ale nie nazwałbym tego wywiadami, a spotkaniami, gdzie opowiadał mi o swoim życiu, co było mi potrzebne do opisania jego historii. Zaś zapraszanie takiego człowieka do celebryckiego spotkania jeden na jeden… jeśli pyta pan o granice, to wydaje mi się, że one zostają w tym momencie przekroczone. Możemy się zastanawiać, co by było, gdyby zaproszono Grzegorza Piotrowskiego na rozmowę i to taką ekspercką. Wyobraźmy sobie, gdyby po Wiadomościach padła zapowiedź „naszym gościem jest kpt. Piotrowski, który zamordował księdza Popiełuszkę, proszę nam powiedzieć, jak to było?”.
W tej sprawie jest jeszcze jeden problem, z którym nie wiem, jak sobie poradzić. Jakby na to nie patrzeć, to jest się tutaj sędzią we własnej sprawie. Waluś będzie opowiadać o śmierci Chrisa Haniego, którą sam spowodował.
Czy to nie jest też tak, że sami odbiorcy mediów wymuszają na dziennikarzach takie działanie? Już od wielu lat funkcjonuje powiedzenie „if it bleeds it leads” – jeśli coś „krwawi”, nadaje się na nagłówek.
Widzi pan, granice są nadal przekraczane, ale nie zawsze. Ludzie chcieliby oglądać pornografię, ale nie emituje się jej w głównych kanałach telewizji. Myślę, że dużą klikalność miałyby egzekucje transmitowane z krajów arabskich, ale się tego robi, bo uznaje się to za złamanie pewnych granic. Stanowski robi ten wywiad z Walusiem po to, żeby je przekroczyć. Rozmawiałem z kuzynką Walusia i pomijając inne aspekty tej sprawy, to ta rozmowa jest niebezpieczna dla niego samego. Jeśli informacja dotrze do RPA, gdzie wiele osób uważa, iż powinien on zgnić w więzieniu, może spowodować agresję. Poza tym co będzie, jak skończy mu się kara i przyjedzie do córki i wnuczki? Czy uda mu się normalnie funkcjonować? Gdyby przybył do Polski po cichu i zaszył się gdzieś z rodziną, to może by prowadził normalne życie. Ale jeśli zaczyna on od wywiadu w dużym medium, który będzie latać po sieci przez najbliższe lata, to ciężko będzie mu zachować anonimowość. Zawsze będzie ostatnim żołnierzem wyklętym dla kiboli na stadionach i Konfederacji oraz mordercą politycznym dla innych. On z tej kontrowersji nie wyjdzie, nawet jakby udzielił tysiąca wywiadów. To mu uniemożliwi normalne życie.
Po informacje z regionu zapraszamy na nasz bliźniaczy portal pozatorun.pl


