Zaleski: Nie nadaję się na recenzenta [WYWIAD]
Toruńskim wydarzeniem politycznym minionego roku były z pewnością wybory samorządowe, które przyniosły zmianę na stanowisku prezydenta miasta. Michała Zaleskiego, który zasiadał w gabinecie w Urzędzie Miasta od ponad 20 lat, zastąpił Paweł Gulewski. Przypominamy ostatni wywiad z prezydentem Zaleskim, który ukazał się w „Tylko Toruń” 10 maja, a został udzielony na tydzień przed zaprzysiężeniem nowego włodarza miasta.
Jak wyglądał Toruń w momencie, gdy zaczynał pan swoje rządy na stanowisku prezydenta, jesienią 2002 roku?
Pamiętam betonowe donice na Rynku Staromiejskim, chodniki ze zwykłego betonowego materiału, kamieniczki w nienajlepszym stanie. Elewacja Ratusza była brudna i ponura, płytki na Szerokiej pękały, gdyż były ze złego materiału. Tam, gdzie teraz są Jordanki, były korty tenisowe, a na zapleczu nieczynny basen. Tam, gdzie obecnie jest Arena Toruń, był teren wojskowy, z kolei tam, gdzie znajduje się Motoarena, były nieużytki. Ulice osiedlowe nie miały kanalizacji. Często po drogach jeździły szambowozy. Trasy wyjazdowe z miasta były jednojezdniowe, a z racji tego, że mieliśmy tylko jeden most, to borykaliśmy się z ciągłymi korkami. Tak wyglądał tamten Toruń. Trzeba było przystąpić do zmian. Miałem nadzieję, jak się okazało przedwczesną, że wszystko da się zrobić w ciągu jednej kadencji. Okazało się, że nie ma ani technicznej, ani finansowej możliwości. Zaczęliśmy od budowy kanalizacji na osiedlach. Położono kilkaset kilometrów rur. Całość kosztowała ponad 500 mln zł, a dofinansowane unijne – 300 mln zł. Na tamte czasy były to ogromne pieniądze. Całkowicie zmieniono stację uzdatniania wody.
Którą kadencję uznałby pan za najtrudniejszą?
Na pewno była to pierwsza kadencja. Dopiero wchodziłem we wszystko. Zaczęliśmy od trudnej przebudowy wiaduktu w ciągu ul. Kościuszki. Groziło mu zawalenie. Przygotowywali to już moi poprzednicy. Niestety w trakcie prac upadł wykonawca. Udało się jednak uzyskać nową firmę, która dokończyła inwestycję jeszcze podczas trwania tej kadencji. Mówiłem o projekcie kanalizacyjnym, on był bardzo wymagający. Koparki były niekiedy pod oknami, a kładziono tam rury o średnicy 2 metrów, mogłem do nich wejść wyprostowany. Zdumiewające było, że ruszyliśmy z tym wszystkim w latach 2002-06. Natomiast z powodu uwarunkowań zewnętrznych trudna była kadencja, która właśnie się kończy. Mieliśmy plany, że wszystkie zadania będą coraz szerzej realizowany. Nagle przyszła pandemia, przez 2 lata nastawiliśmy się na przetrwanie. Notowaliśmy miesięcznie o 80 zgonów więcej. Pieniędzy było coraz mniej, w autobusach mogło być zajęte co drugie miejsce. To wszystko powodowało, że nie mogliśmy się rozwijać. A gdy wydawało się, że wreszcie to mija, wybuchła wojna na Ukrainie. Pojawiła się obawa, czy nie spowoduje ona perturbacji dla nas. Przyjęliśmy jako miasto kilka tysięcy uchodźców. Mieszkańcy stanęli na wysokości zadania. Mierzyliśmy się także z kryzysem energetycznym. Prąd kosztował nie 30 proc. więcej, a 3-4 razy więcej.
Gdyby miał pan wybrać jedno osiągnięcie w ciągu tych ponad 20 lat rządów, to co to by było?
Nowy most. To było bardzo oczekiwane. Młodzi już tego nie pamiętają, ale kiedyś było tak, że ludzie w Toruniu po wstaniu rano włączali radio i słuchali raportów z mostu, czy jest korek i na ile. Sporo ludzi przemieszczało się w obie strony. Jeśli ktoś miał pociąg o 6:30 z dworca głównego, to taksówkę zamawiał już na 5:30, bo nie wiedział, czy zdąży, a jechał zwykle 15 minut. Samochody stojące w korku do wysokości pl. św. Katarzyny były na porządku dziennym. Wprowadziliśmy 3 pasy ruchu, co poprawiało sytuację. Dlatego w 2003 zaczęliśmy przygotowania do budowy nowego mostu, zastanawiając się, skąd na to wziąć pieniądze. Dość szybko udało się pozyskać środki unijne, choć projekt znalazł się w liście rezerwowej w sierpniu 2005 roku. Ogłosiliśmy przetarg na projektowanie, potem zapewniliśmy finansowanie. Były zbierane podpisy za tym, aby UE zwiększyła finansowanie. Nie obyło się bez perturbacji, bo znalazła się grupa ludzi, którym ta inwestycja się nie podobała i szukali sposób, jak zatrzymać inwestycję. Zbudowała to firma Strabag, działało przy tym wielu fachowców, niestety pan inżynier Suchak zmarł w trakcie budowy, dlatego estakada obok mostu ma jego imię. Co prawda teraz korki wracają, ale to dlatego, że kupujemy coraz więcej samochodów.
A czy jest jakaś rzecz, jakaś decyzja, której by pan żałował w ciągu tych 20 lat i teraz zrobiłby to inaczej?
Nie wiem czy to by była jakaś duża decyzja. Mogę powiedzieć tak – w ostatnich latach za bardzo zanurzyłem się w rzeczywistość bieżącą, a nie w patrzenie do przodu. Straciłem nieco instynktu samozachowawczego. Tego zabrakło w ciągu ostatnich 3-4 latach. Ale tak bywa w życiu. Gdy musiałem siedzieć przed laptopem i przez 2-3 godziny rozmawiać o zabezpieczeniu sanitarnym, to siłą rzeczy nie mogłem tego czasu poświęcić na inwestycje. Ale dużego niedosytu decyzyjnego nie czuję.
Przejdźmy teraz do ostatniego wieczoru wyborczego. Jaka była pańska pierwsza myśl po tym, jak pojawiły się pierwsze wyniki i było już jasne, że nie pokieruje pan miastem jeszcze przez te ostatnie 5 lat?
Miałem świadomość, że stając do wyborów, są tylko dwie alternatywy. Spotykałem ludzi, którzy mówili, że nie mam się o co martwić, wygrana jest w kieszeni. Mówiłem jednak, że decyzja należy do wyborców i nie miałem poczucia że będzie to korzystny wynik. Byli też tacy, którzy mówili „po co pan startujesz, szkoda że jeszcze pan o tym myśli, powinien pan coś innego robić”. Wtedy odpowiadałem, że wyborcy zadecydują. Może łatwiej mi było przyjąć ten wynik, bo znam nowego prezydenta. Razem pracowaliśmy przez kilka lat. Mogę liczyć na to, że będzie to odpowiedzialna prezydentura.
Czyli nie miał pan żalu do mieszkańców, że tyle pan zrobił i taki wynik się pojawił?
Nie, to było bardziej zrozumienie sytuacji, że w którymś momencie trzeba zakończyć. Chciałem, owszem, żeby to było na koniec następnej kadencji zgodnie z przepisami. Ale że mieszkańcy zdecydowali inaczej, to tak będzie, broń Boże żalu nie mam. Przyjąłem to ze spokojem.
Wyborcy zdecydowali także, że pozostanie pan w polityce samorządowej i wróci do Rady Miasta. Jakim pan będzie radnym? Trzeba przyznać, że przez te 2 dekady pana rządów byli zarówno radni wspierający, jak i radni recenzujący.
Nie nadaję się na recenzenta. Ci, którzy ze mną pracują, wiedzą to. Albo coś jest dobrze, albo jest źle. Jako radny będę mógł powiedzieć swoje zdanie, nie zamierzam być recenzentem wszystkiego na zasadzie „wszystko mi się nie podoba”. Doświadczyłem tego ponad 20 lat. Kiedy wchodziłem do urzędu, to przez pierwsze 2 lata robiłem to, co zaplanowali moi poprzednicy. Podobnie będzie teraz. Oczywiście swoje elementy pan prezydent Gulewski doda, ale sporo zadań to będzie kontynuacja tego, co już ustalono. Mogę tylko doradzać i pomagać w tych działań, a nie będę stać obrażony i krytykować.
Więc nie będzie pan totalną opozycją w Toruniu?
Broń Boże.
Niektórzy mieszkańcy, oceniając pańską prezydenturę, chwaląc podjęte działania, postulują aby powstał pański pomnik. Jak się pan do tego odniesie?
W Toruniu mamy taką zasadę – pomniki stawia się po śmierci. A jak pan widzi, dysponuję jeszcze żywotnością i o pomnikach nie myślę. Ważniejsze dla mnie jest to, że jak wyjdę na ulicę, to widzę dużo dobrych zmian. To jest takim umownym pomnikiem – mój udział w pracach nad zmianami w mieście, a pomniki to nie moja bajka.


