Stworzyła butik, w którym wszystko mówi: „nie jesteśmy sieciówką”

Box1 Mała Czarna Polecamy Wywiady
fot. Łukasz Piecyk

Każdy, kto odwiedzi to miejsce, czuje, że po ubrania z naprawdę wysokiej półki nie trzeba wreszcie jeździć do Warszawy. O tym, jak Ninie Górce, właścicielce NANI concept store, udało się odnieść tak błyskawiczny sukces w modowej branży, rozmawia Kinga Baranowska

Od wykładu o składzie mieszanki betonowej do własnego butiku mody premium. To nie do końca standardowa droga.
Nawiązujesz do mojej pracy w poprzedniej firmie? Wbrew pozorom wcale nie było tak daleko. Pracując w PBDI, zajmowałam się marketingiem, także organizacją targów czy eventów. Siłą rzeczy musiałam ubierać się odpowiednio, więc zaczęłam się tematem ubrań interesować. Coraz częściej moje koleżanki prosiły mnie o pożyczenie sukienek, pytały, czy czegoś nie sprzedaję lub skąd to mam. Zawsze lubiłam dobre marki i ta moda naturalnie była w moim życiu.

REKLAMA

Wiele kobiet lubi się ładnie ubierać, ale nie każda z nich nie boi się postawić wszystkiego na jedną kartę i otworzyć biznesu, który dotychczas nikomu w mieście się nie udał.
Kto powiedział, że się nie bałam (śmiech)?. Rezygnując z poprzedniej pracy, już miałam jakieś plany w głowie na przyszłość. Ja nie jestem człowiekiem, który usiedzi w miejscu. Mój mąż wiedział, że lubię modę. Pojawiło się pytanie: „a może to jest kierunek?”. Z „może” zrobiło się „na pewno” no i takim sposobem tu jesteśmy.

Nina ze swoją mamą i siostrą (fot. archiwum prywatne)

Facet był pierwszą inspiracją dla powstania butiku dla kobiet?
Jedną z pierwszych. Jacek jest człowiekiem, którego podziwiam, ufam mu także biznesowo. Chcę być w moim biznesie taką specjalistką jak on w swoim fachu. Uwierzył we mnie, za co mu ogromnie dziękuję. Miałam pasję, ale to on był zapalniczką, która podpaliła benzynę i nadal pomaga podtrzymać ten ogień. W gorsze dni pyta mnie tylko o jedno – „czy nie tracisz zapału? Jak nie, to rób to nadal”. Drugą inspiracją są cudowne kobiety z mojej rodziny. NANI powstało z solidarności z kobietami, a tego nauczyłam się przez lata dorastanie z moją siostrą. Ale kobietą numer jeden, która mnie inspiruje, jest moja ukochana mama. To ona od zawsze wpajała mi, jak ważne jest bycie niezależną

Pasja to jedno, ale żeby utrzymać firmę, potrzeba czegoś więcej. Toruń nie jest łatwym miastem do prowadzenia biznesu typu premium. Jak załatwia się firmy, które z nikim innym jeszcze nie zdecydowały się na współpracę?
Nie przemocą (śmiech). Jestem dobra w tym, co robię.

Jacek i Nina (fot. Łukasz Piecyk)

To tak proste – po prostu jesteś dobra?
Nie powiedziałam, że proste. Tu nic nie przyszło samo, wszystko wychodziłam. To nie były tylko maile, ale wiele spotkań. Za mną przemawiała jakaś idea – udostępnić ubrania, w których kobiety będą czuć się dobrze. Każda marka, która jest w sklepie, to firma, którą przetestowałam sama na sobie. Nosiłam i kupowałam je od lat – znam te ubrania. Przez to jest mi o wiele łatwiej je sprzedawać i o wiele łatwiej bronić ceny. Wiem, co za nią idzie – znam te ciuchy.

Nie są tanie.
Te ceny nie są aż tak przerażające jak na Toruń, bo mamy naprawdę droższe butiki. Nie ukrywajmy, ludzie bogacą się w Polsce, bogacą się w Toruniu. Jest potencjał na powstawanie takich butików. Zawsze będę powtarzać, że ekstremalnie kibicuję takim inicjatywom. Bardzo bym się cieszyła, gdyby tu, gdzie mamy sklep, powstał taki fashion stage jak Mokotowska w Warszawie. Jedno miejsce, gdzie pojadę i przejdę się po zakupy. Tym bardziej będę kibicować sklepom podobnym do NANI – nie chcę być jedyna na rynku. Czas udowodnić, że w Toruniu można – bo czemu nie?

Niewiele osób się za to bierze.
Biorą się, mamy butiki z odzieżą włoską czy streetwearową. Sama odsyłam klientki do konkurencji, jeśli wiem, że mają produkt, którego u nas nie znajdą. Zależy mi na tym, by ten klient w naszym mieście został. Nie zgadzam się z utrwalaniem schematu, że Toruń jest za mały i tutaj się to nie uda. Wkurzają mnie takie głosy.

Przyznam, że kiedy usłyszałam o otwarciu, sama stwierdziłam – fajny pomysł, ale w tym mieście to maks trzy miesiące. Dotychczas takie sklepy niespecjalnie się utrzymywały.
Rzeczywiście, kiedy minął rok, odetchnęliśmy z ulgą. Jeśli ktoś otwiera firmę z założeniem, że po 2-3 miesiącach będzie zarabiać – to się nie uda. Trzeba mieć kapitał na początek i zacząć od małego asortymentu – dać sobie czas na poszerzanie oferty czy karty dań. U nas minął on dość szybko. Zakładając butik, miałam inne założenie finansowe, niż rzeczywistość zweryfikowała. Związane było to głównie z moją chęcią dania klientom jak najwięcej. Chcemy się rozszerzać, zwiększać asortyment. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jesteśmy jeszcze bardzo znani, ale mamy już stałe klientki. Są też takie, które przyjeżdżają do Torunia tylko do nas. Wybierając firmy, z którymi pracujemy, zawsze pytałam, czy jest zainteresowanie sprzedażą na nasz region. Marki, które my mamy w sklepie, nie tylko nie były dostępne w Toruniu – nie było ich w całym kujawsko-pomorskim.

fot. Łukasz Piecyk

A lokalizacja? Dość niestandardowa jak na butik. Rok temu to były praktycznie obrzeża miasta.
Z perspektywy czasu był to dobry ruch, chociaż rzeczywiście na początku też traktowałam to jako obrzeża. Starówka nie wchodziła w grę, nawet się nad nią nie zastanawiałam. Robiłam NANI pod takiego klienta, jakim ja jestem. Przede wszystkim parking – jeśli kupujesz płaszcz i dwie sukienki, to chcesz to szybko spakować do auta. Myśleliśmy też o rodzicach – robiąc zakupy z dzieckiem, niekoniecznie masz ochotę biegać po całym mieście.

Dużo tu niestandardowego myślenia.
Ja wierzę, że ten pomysł ma potencjał, że utrzymamy te klientki, które mamy i będziemy mieć ich jeszcze więcej. Przez ten rok to my uczyliśmy się od nich. Nie będę ukrywać, że zakładając NANI, zakładałam je pod swój styl. Wystrój, wnętrze, marki, które noszę.

Takie Twoje dziecko.
Dokładnie. Wszystkie ubrania, które sprowadzaliśmy, kolekcje, które wybieraliśmy z asortymentu tych marek – to było podyktowane tym, co mi się podoba. Na początku nie zakładałam, że będziemy mieć ubranka dla dzieci. Ale ten rok nam pokazał, że klientki chcą w to inwestować, więc umożliwiamy im to. One są też powodem, dlaczego nie jesteśmy w galerii handlowej.

Mogłabyś liczyć na większy ruch.
Ale nie byłabym niezależna. Chciałam, żeby ludzie wiedzieli, że jest to coś innego niż sieciówka. Butik stworzony dla nich, z innym klimatem, gdzie nie wpadają w pędzie pomiędzy zakupami, ale mają czas na zrobienie czegoś dla siebie. Będąc poza galerią, jesteśmy też bardziej elastyczni. Często panie dzwonią do nas, że dopiero wychodzą z pracy, czy jeszcze zdążą. I my dla nich z chęcią zostajemy dłużej lub otwieramy wcześniej. W galerii handlowej nie miałabym takiej możliwości. To pozwala nam stworzyć więź z klientem.

Kto nim jest?
Nie mam określonej grupy klientów – nie dzielę ich na sieciówkowych czy high fashion. Celuję w ludzi, którzy lubią ubrania – po prostu. Chcę też, żeby dobrze się u nas czuli. Kiedy dziewczyna przychodzi do nas do sklepu, nie mówimy tylko „dzień dobry”. Mój zespół, Aga i Mati, tworzą niesamowitą relację z klientami i jestem przeszczęśliwa, że udało mi się trafić na tak cudownych współpracowników. Na naszych urodzinach podarowałam im wręcz skrzydła jako symbol tego, jak unoszą cały nasz biznes w górę.

Nina, Mateusz i Agnieszka (fot. Łukasz Piecyk)

Potwierdzam, kiedy odwiedziłam Was pierwszy raz, byłam pod wrażeniem tego, jak Agnieszka cierpliwie i nienachalnie nie tyle mi sprzedawała, ale doradzała.
Może to zabrzmi banalnie, ale ja uważam, że kupując u nas ubranie, od razu kupujesz wspomnienie z nim związane. Nasi klienci, przychodząc do nas, wpuszczają nas do swojej prywatności – mówią, na jaką okazję szukają rzeczy, dzielą się swoimi historiami, opowiadają, że konkretną sukienkę mieli na zaręczynach czy ślubie.

Już samo kupienie rzeczy jest dla samego siebie prezentem.
Wiem, że kobiety wydają u nas więcej niż w sieciówce i właśnie dlatego chcemy, by czuły, że kupują produkt premium. Specjalne torby, sposób pakowania, kartonik na paragon, zapach – odpakowując zakup w domu, mają poczuć się wyjątkowo. Nie chcemy mieć podejścia handlowego i traktować klientów tylko jako klientów. Dla nas są to nasi goście. Wierzę w to, że budujemy coś ponad sklep z ubraniami. Klientki wpadają czasem tylko porozmawiać. Niedawne urodziny były takim podziękowaniem w ich stronę za to, że w nas uwierzyły i nas wspierają.

Z bardzo miłym prezentem. Jak sprowadza się Macieja Zienia do Torunia?
Bardzo przyjemnie. Czasem im bardziej znane nazwisko, tym gorsza współpraca, ale Maciej jest tego absolutnym zaprzeczeniem. To cudowny mężczyzna, którego podziwiałam już lata temu. Wniósł do tej imprezy niesamowitą klasę, poświęcił nam czas. Od początku powiedział: „Nina, ja tu zostanę tyle, ile chcesz, tak długo, jak dziewczyny będą mnie potrzebować”.

Aż dziwne, że wszędzie nie było o tym głośno. Galeria handlowa reklamowałaby to spotkanie od miesiąca.
Nie chcieliśmy robić dużego wydarzenia. Dlatego nie ma nas na starówce, gdzie przewalałaby się masa turystów. Nie chcieliśmy z tym wydarzeniem być na pokaz, tylko stworzyć je dla kogoś. To miał być babski wieczór dla naszych klientek, i to nam się bardzo fajnie udało.

Obserwując to, co wybierają Twoje klientki, jak oceniasz modę polską?
To, co mogę powiedzieć o niej powiedzieć, to to, że jest pełna obaw i strachu. Przychodzi do nas dziewczyna i mówi – „ale gdzie ja ubiorę tę cekinową sukienkę?”. I my już widzimy, że ona w głowie ma pragnienie jej założenia. Za to też tak cenię Agę i Matiego, umieją ośmielić te kobiety do spełniania swoich marzeń, wyjścia poza schemat tego, co widzimy na ulicach. Do bycia sobą. Jednocześnie nie sprzedają, byle sprzedać. Nasze klientki mają się czuć i wyglądać dobrze. Nie mamy problemu z tym, żeby coś odradzić. Ludzie, patrząc na dziewczynę w naszych ubraniach, mają widzieć w niej kobietę, którą chce się podziwiać, a nie taką, z której chce się śmiać. To wynika też z tego, że Agnieszka i Mateusz są przesiąknięci naszą ideą.

No właśnie. NANI – nazwa i hasło jednocześnie. Z hawajskimi korzeniami?
Niestety nie powstała podczas urlopu pod palmami, gdzie spłynęło na mnie natchnienie. Myśląc nad firmą, usłyszałam reklamę, w której padło hasło „piękna”. Pomyślałam, że to dobrze oddawałoby ideę firmy – uważam, że kobiety po prostu są piękne. Zaczęłam szukać w internecie w różnych językach odpowiedniego słowa. Padło na „NANI” i rzeczywiście, pierwsze nasze hasło to „NANI – znaczy piękna”. Jednak bardzo szybko okazało się, że nasze klientki wymykają się ponad to określenie. Piękna – nawet nie tylko powierzchownie, ale i wewnętrznie – to było dla nich za mało. Nie oddawało tego, co w nich odkryliśmy.

Be a woman to watch. Sprawdziłam, co się za tym kryje, uznałam, że to o Tobie. Bądź kobietą, którą obserwują, naśladują, za którą się oglądają, która inspiruje. Masz 30 lat, zrobiłaś coś, co innym się nie udało, konstruujesz wokół siebie fajną społeczność kobiet. Klientki proszą w sklepie o strój „na Ninę”.
To hasło powstało, bo ja bardzo chciałabym być taką kobietą. Bardzo mi miło, że tak uważasz, super, że mnie tak odbierasz. Chciałabym być dalej tak postrzegana – nie tylko przez moją mamę (śmiech). Ale tu naprawdę chodzi o klientki. Spotykamy fascynujące kobiety, zajmujące się różnymi dziedzinami życia, z zaskakującymi pasjami. Odważne, odnoszące sukcesy, takie, na które chce się patrzeć. Dzień każdej z nich wygląda inaczej. Bardzo chcemy, żeby utożsamiały się z naszym hasłem i żeby każda uwierzyła, że niezależnie od tego w jakim jest wieku i punkcie swojego życia, może być inspiracją. Nie tylko naszą.

Tworzycie społeczność.
Staramy się. Nie bez powodu powstał hasztag „nanigirls”. Nasze niedawne urodziny – to było pokazanie tego, jakie mamy te klientki. Są totalnie różne, a każda z nich pasuje do naszego hasła z zupełnie innego powodu. Co więcej – kupują w jednym sklepie, a wszystkie znalazły u nas swój styl – część z nich określiła go na nowo. Dla nich i z nimi się rozwijamy, słuchamy ich głosów, rad i idziemy po więcej.

To na koniec porozmawiajmy o kobietach w biznesie. W Polsce 1/3 firm zakładana jest przez kobiety, na stanowiskach zarządzających jest nas 37% i ogłasza się to jako sukces. Jednocześnie w Toruniu czołówkę najmodniejszych obecnie firm założyły kobiety – Green Place, Pie Town, Naturalne Atelier czy dr Irena Eris to jedynie kilka z nich. Nastaje czas kobiet?
Wierzę, że tak jest. W Toruniu mamy cudne dziewczyny z pasją, które myślą szerzej i robią coś niestandardowego. Te podane liczby są smutne, bo to zdecydowanie za mało. Ale nie uważam, że trzeba traktować nas inaczej. Moja przyjaciółka Agnieszka jest  członkiem zarządu jednej z największych firm budowlanych w Polsce i osiągnęła to wszystko sama swoją ciężką pracą. Nie czuję też, aby odbierano mnie mniej poważnie niż np. mojego męża, chociaż mężczyźni mają większe przyzwolenie na pracę długo i dużo. To kobieta musi bardziej łączyć biznes i dom. Ale ja naprawdę wierzę w nas i w siłę, którą mamy. Jeśli to, co robisz jest dobre – to niezależnie od płci, orientacji czy wieku – obroni się.

Pomagasz takim kobietom? Sama odniosłaś sukces przed 30.
Bardzo chętnie dzielę się swoim know-how, wspierając te dziewczyny, które robią ze swoim życiem coś więcej. Kiedy się tylko do mnie odezwą, to chcę im pomóc. Cieszę się, że to, co zrobiłam, odbierasz za sukces, ale dla mnie to jeszcze za mało. Mam wiele planów na rozwój NANI i nowe inicjatywy, które są w trakcie realizacji. Ten ogień we mnie dopiero zaczyna płonąć. Jeszcze nie skończyłam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *