W czasach, gdy na toruńskiej Starówce likwidowane są kolejne restauracje i bary, TAKO YAKI rozwija się w tempie ekspresowym. Czyja to zasługa?

Człowiek artystą może być w dowolnej dziedzinie. Może zostać pisarzem, malarzem, ba, może nawet być artystą w akrobatyce szybowcowej. Żeby jednak zostać artystą w kuchni, trzeba czegoś więcej niż daru w postaci większej ilości kubków smakowych na języku. A żeby jeszcze ze swojego talentu zrobić biznes i odnieść sukces? I to w wieku dwudziestu sześciu lat?

Mateusz Bieliński zamiłowanie do tego, co smaczne, miał od dziecka. Już jako uczeń podstawówki pichcił obiady, gdy mama była w pracy i wcale z tego powodu nie narzekał. Schabowy? Proszę bardzo. Mizeria? Ależ oczywiście. Gdy zorientował się, że pieczenie skomplikowanych ciast przychodzi mu intuicyjnie, zrozumiał, że przyszłość chce związać z kuchnią.

– To nie jest tak, że miałem od dziecka plan założyć własną restaurację i do tego z orientalnym, trudnym w przygotowaniu jedzeniem – wspomina Mateusz Bieliński, właściciel toruńskiej restauracji TAKO YAKI. – Ale już jako nastolatek starałem się zarobić właśnie na tym, co lubiłem. Gotowałem więc to tu, to tam, tak naprawdę gdzie się dało i gdzie była fajna atmosfera. Potem zacząłem brać pod uwagę takie miejsca, w których mogę nauczyć się czegoś nowego.

Przełomem w życiu Mateusza okazała się praca w restauracji sushi w rodzinnej Gdyni. To tam nauczył się tej trudnej kulinarnej sztuki. Kilka lat temu rozpoczynała się moda na japońskie restauracje serwujące świeże ryby podane według tradycyjnych japońskich receptur.

– To nie jest łatwa sztuka. Wystarczy dodać, że w Japonii prawdziwy mistrz sushi samego gotowania ryżu uczy się nawet kilka lat – uśmiecha się Mateusz Bieliński. – A gdzie cała reszta? Można się nauczyć robić sushi według określonego przepisu i oczywiście ono będzie smaczne pod warunkiem, że ma się dobre składniki. Ale kiedy chce się zrobić coś naprawdę nietuzinkowego, potrzeba już czegoś więcej. Znajomość smaków to podstawa. Trzeba nie tylko wiedzieć, co jak smakuje, ale też jak poszczególne smaki się ze sobą łączą. Bez tego ani rusz.

Kiedy zdobył pierwsze umiejętności w przygotowywaniu japońskich dań, postanowił w branży rozwijać się w innym mieście i przeniósł się do Torunia. 

– Tak naprawdę to w Toruniu udało mi się rozwinąć skrzydła. Może to kwestia tego, że to miasto jest wyjątkowe? A może ja do niego po prostu pasuję? – stwierdza Mateusz. – Po kilku latach tu spędzonych zrozumiałem, że najwyższa pora zacząć pracować nad tym, aby samodzielnie poprowadzić orientalną restaurację.

Restauracja Sushi Tako Yaki
fot. Łukasz Piecyk

W trakcie pandemii postanowił skoczyć na głęboką wodę. Spakował plecak i przeniósł się do Wiednia. Łatwo nie było, ale uznanie właścicieli restauracji zyskał, kiedy musiał samodzielnie przygotowywać japońskie posiłki dla kilkudziesięciu osób.

– Prawda jest taka, że pojechałem do Austrii, aby nauczyć się nie robienia sushi, ale odpowiedniego prowadzenia restauracji – przyznaje Mateusz Bieliński. – Potraktowałem tę pracę jak poligon doświadczalny. Udało się.

Po powrocie do Torunia Mateusz szukał odpowiedniego lokalu, w którym mógłby założyć własny biznes. Znalazł go. Tuż przy Collegium Maius i Planetarium. Miejsce dla turystów wprost idealne.

– Znamy się z Mateuszem z poprzedniej restauracji, więc zatrudniając się tutaj, wiedzieliśmy, z kim będziemy pracować – mówią pracownicy restauracji TAKO YAKI w Toruniu. – To sympatyczny, ciepły człowiek, choć jest też wymagający, bo ma swoją wizję tej restauracji, ale równocześnie potrafi ją prowadzić z dużym luzem. Czasem mamy wrażenie, że pracuje już w tej branży pół wieku, a on przecież ma dopiero dwadzieścia sześć lat!

TAKO YAKI prowadzona przez Mateusza Bielińskiego rozwija się błyskawicznie. W ciągu kilku miesięcy od otwarcia zyski są na tyle duże, że uruchamiane są kolejne segmenty kuchni, która oferuje coraz szerszy zakres usług.

– Parę tygodni temu stanąłem sobie w naszej kuchni i pomyślałem: kurczę, jaka ona duża, szkoda, żeby marnowało się tyle miejsca! – uśmiecha się sushi master Mateusz. – Będziemy się więc rozwijać. Jak? Na razie nie zdradzę, ale obiecuję, że lotów zniżać nie będziemy.

* * *

Gdy jest już ciemno, na uliczkach toruńskiej Starówki panuje cisza, Mateusz zamyka swoją restaurację. Widać, że jest zmęczony, a mimo to wciąż się uśmiecha.

– Ostatnio często słyszę, że odniosłem sukces. Ja jeszcze tego nie czuję – mówi. – Ludzie oceniają tylko to, co widzą, ale nie każdy wie, ile trzeba poświęcić czasu i pracy, żeby dojść do punktu, w którym czuje się satysfakcję. Czy mi się udało? Chyba tak. Ale na pewno nie osiągnąłbym tego bez wsparcia najbliższych, mamy i taty, mojej dziewczyny, jej rodziców. Teraz chciałbym, żeby wszystko się ułożyło tak, żeby ludzie, którym tyle zawdzięczam, mogli być ze mnie dumni.